Sri Lanka, podróż życia, czy w głąb siebie? Cz. 9.
- Joanna Rucinska-Paulik
- May 20, 2025
- 6 min read
„Haputhale i Diyatalawa”
Obudzili się wypoczęci. Pierwsza z łóżka wyskoczyła ona. Podbiegła do okna, odciągnęła zasłony i z dziecięcą radością stwierdziła, że na zewnątrz jest jeszcze piękniej niż sądziła dzień wcześniej wieczorem. Plantacje herbaty rozciągające się od doliny po wzgórza świeciły na zielono w gorącym już o poranku słońcu.
- Poopala się.
Pomyślała i pobiegła do kuchni wstawić wodę na kawę rozpuszczalną zakupioną gdzieś w lankijskim markecie. Ten jedyny słoiczek Nescafe, stojący samotnie pośród herbat i przypraw niejako czekał na nich jak na ratunek. Z gorącą jeszcze kawą poszła na taras, gdzie trudno było się jej zdecydować czy podziwiać widoki, czy czytać książkę. Kawą mogła popijać obie czynności. Krajobraz dzielnie walczył z książką o jej uwagę, a że czytała powieść Dickensa „David Copperfield”, wkrótce musiał się on pogodzić z przegraną. Dlaczego nie czytała tej książki wcześniej? Każde zdanie zachwycało ją doborem słów, wyrazistością opisów i jakimś takim ciepłem, którym autor otulał swoich bohaterów. Dickens oraz słońce zdecydowało za nią… Do 14 00 poleży z książka na tarasie. Trochę się przy okazji opali, a to także przecież dla niej ważne, choć wstydziła się do tego przyznać. Bo to przecież głupie jakieś przejmować się opalenizną podczas takiej podróży… Tyle, że z jej karnacją opalanie to ciężka praca. Ona nie opala się od tak po prostu i przy okazji 5 minutowej przechadzki. Ona musi się o tę opaleniznę postarać, ciągłym smarowaniem, nawilżaniem, uważaniem, leżeniem lub spacerowaniem, ale broń Boże z torebką na ramieniu, bo jej biały ślad będzie jej towarzyszył do końca lata. Także miała chyba powód, by się nią przejmować. Poza tym, wiele razy, kiedy wracała do Polski z podróży do ciepłych krajów, najczęstszym pierwszym komentarzem, jakim obdarzali ją znajomi były słowa:
- No ale nie opaliłaś się jakoś bardzo.
Nie chciała ich tym razem zawieźć.
Swoją drogą to trochę dziwne, jak się nie opalisz źle, ale jak za bardzo skupiasz uwagę na opalaniu to też niedobrze.
- No przestań, chyba opalać się tam nie pojechałaś!
Whatever! Czytała i opalała się wbrew wszystkim i wszystkiemu. Michał czytał też, ale w pokoju. On nie musi się starać…
O 14 00 postanowili ruszyć na podbój górskich okolic. Trochę późno jak na początek wycieczki w regionie, gdzie z uwagi na popołudniowe mgły lub deszcze zaleca się rozpoczynać wycieczki o 6 00 rano. Ale co tam.
Na dworzec podjechali tuk tukiem. Co za cudowny środek transportu! Mimo braku klimy przewiewny a dzięki brakowi szyb otwarty na świat tak jak oni podczas tych wakacji. Był 13 marca, 4ta rocznica ich poznania się, w drodze na stację zastanawiała się, jak uczczą cud, jakim było ich spotkanie w winiarni 4 lata wcześniej. Skończyła snuć plany, gdy tuk tuk wjechał na przydworcowy parking. W kasie okazało się, że pociąg, którym planowali podjechać do Haputhale nie jeździ tego dnia, bo tego dnia przypada na Sri Lance buddyjskie święto Medin Full Moon Poya Day. Data tego święta zmienia się podobnie jak Wielkanocy w zależności od faz księżyca a celem jest upamiętnienie nauk buddy, medytacje i modlitwy oraz promowanie pokoju i harmonii. I rzeczywiście na stacji stało bardzo dużo odświętnie ubranych Lankijczyków, którzy trzymali w dłoniach przepiękne kwiaty, które najpewniej zamierzali złożyć tego dnia w licznych świątyniach. Przez dłuższą chwilę zastanawiali się, co zrobić, zamówić kolejnego tuk tuka, czy iść pieszo szosą? Pierwsze nie kojarzyło się im z przygodą, drugie byłoby pozbawioną ładnych widoków i hałaśliwą od samochodów drogą w zacienionym lesie.
- A może pójdziemy po torach?
Pomyślała.
I wtedy podszedł do niej on, z potwierdzoną od drugiego kierownika stacji informacją, że „ich” pociąg dzisiaj nie kursuje, i że zaleca im pójść po torach. Prosi ich tylko o ostrożność, bo w trakcie ich spaceru na tej trasie zaplanowane były dwa inne pociągi. Jak je usłyszą niech zejdą na chwilę z torów i tyle.
- No to idziemy. Ale fajnie! Jest przygoda! Ile mamy kilometrów?
- Około 4 chyba.
- A no to super, idealny dystans na nasz rocznicowy spacer.
- Hahaha. No ale chyba coś jeszcze z okazji rocznicy wymyślisz?
- No wiadomo!
Powiedziała nie mając absolutnie żadnego planu w głowie.
Z początku szli po torach nieśmiało próbując znaleźć najwygodniejszą technikę stawiania stóp albo pomiędzy betonowymi kładkami albo na nich, czasem schodzili na pobocze, które wydeptane przez mieszkańców sąsiadujących ze sobą miejscowości stanowiło wygodną ścieżkę.
- O zobacz, cała rodzina idzie w naszym kierunku.
Z przeciwka zbliżała się do nich 6 osobowa rodzina, mama, tata i czwórka dzieci. Wszystkie machały do nich energicznie wykrzykując różnego rodzaju pozdrowienia w języku angielskim.
- How are you! What’s your name? Have a good day! Hello!
Odwzajemnili serdeczności, uśmiechy oraz wymienili się imionami. Kilka metrów dalej odsłonił się przed nimi widok zapierający dech w piersiach, na dolinę, na plantacje herbaty, na lasy, wsie, odległy pas górski a jeszcze dalej na zarys narodowego parku Horton Plains.
- Boże Michał, jak tu pięknie i jak fajnie, że ten pociąg dzisiaj nie kursuje.
- Cudownie Kocio.
Ciężko było jednak pogodzić podziwianie widoków z bezpiecznym stawianiem stóp na torach, niemniej po jednym kilometrze nabrali nieco wprawy. Po drodze musieli przejść przez dłuższy tunel. Miała trochę obaw, czy zapowiedziany przez kierownika stacji pociąg nie pojedzie akurat wtedy, kiedy będą w środku. Dlatego na wszelki wypadek postanowiła przez niego przebiec.
- Kocio, przecież nic nie jedzie.
- No wiem wiem, ale znasz mnie.
Co jakiś czas zatrzymywali się na mini sesje fotograficzne podziwianych widoków, których efekty zazwyczaj ją rozczarowywały.
- Te zdjęcia nie oddają tego wszystkiego.
- Kocio, nauczę Ciebie robić dobre zdjęcia jak wszystkiego innego, czego już Ciebie nauczyłem.
- Hahaha, ok.
Uczyła się pilnie, gdy nagle usłyszała niepokojący dźwięk.
- Michał, skacz! Pociąg jedzie.
Strach, że zginą albo że zginie on, a ona zostanie tu sama i będzie musiała sprowadzić jego zwłoki do jego rodziców w Polsce przeraził ją paskudnie, ale na szczęście na krótko, pociąg przejechał, nikogo nie zabił a ona z wielką ulgą mogła spacerować dalej. Po drodze minęli jeszcze kilku przechodniów i zrozumieli, że mieszkańcy lokalnych wiosek używają tych torów jako regularnego szlaku do przemieszczania się do / z pracy, na zakupy czy spacer z rodziną. Podzieliła się relacją z ich spaceru na facebook’u oraz kilkoma smsami z bliskimi, tak była podekscytowana. Myślała, jak wiele radości sprawiał jej ten spacer po torach… Drążyła, dlaczego tak jest? Czy dlatego, że to niebezpieczne, czy dlatego, że dawno nie szła po torach, ostatni raz chyba jako dziecko. Może właśnie z powodu skojarzenia z dzieciństwem było jej na tych torach tak dobrze. Wtedy robiło się rzeczy niedozwolone, niebezpieczne, które miały w sobie dozę wyjątkowości, tajemniczości oraz poczucie odkrywania świata. Tak właśnie czuła się na tych torach, mimo że wrzuciła relację na fb a spacer zalecił sam kierownik stacji.
Doszli do Haputhale spragnieni i głodni. W pierwszej kolejności mieli ochotę napić się piwa, ale tu życie ponownie ich tego dnia zaskoczyło, alkoholu w święta na Sri Lance nie kupisz.
- Ale jesteśmy nieogarnięci… Mogliśmy sprawdzić takie informacje wcześniej.
- Spokojnie Kocio, dzisiaj piwka nie wypijemy, nic nam się z tego powodu nie stanie.
- No tak tak, wiadomo.
Poszli więc w poszukiwaniu mango lassi, napoju, którego nie mogło zabraknąć żadnego dnia ich wakacji.
- Zobacz, tu jest jakaś fajna kawiarnia.
- Ok, chodźmy.
Kawiarnia okazała się restauracją RoyalTopRestaurant, ale zostali. Właściciel przyszedł osobiście ich obsłużyć. Bardzo dobrze mówił po angielsku i robił wrażenie kogoś, kto zjechał pół świata i w związku z tym jest bardzo światowy. Podał im zmrożone mango lassi i zaczęli rozmawiać. Co tu robią, na ile przyjechali etc. Podzielili się swoimi planami na kolejny dzień, a mianowicie na odwiedzenie Horton Plains. Dzieląc się tą informację nie mieli jeszcze pojęcia, jak zmieni ona tok tej rozmowy oraz ich plany.
- Horton Plains jest piękne, ale nie wiem, czy wiecie, że mamy dzisiaj święto religijne a jutro bridge holiday i w związku z tym długi weekend, a to oznacza, że Lankijczycy z całymi rodzinami robią sobie wycieczki, tak więc Horton Plains będzie przez najbliższe trzy dni pełne nie tylko turystów, ale i mieszkańców okolic.
- O nie…
Wymsknęło jej się.
- Kocio, no tam trzeba pojechać, wszystkie blogi i przewodniki to polecają.
- No tak, ale duża ilość turystów pozbawia nawet najpiękniejsze miejsca magii. Pamiętasz jak się cudnie czuliśmy na tych torach?
- Tak, wiem, ale…
I wtedy oboje spojrzeli na wielki napis na tablicy obok restauracji:
„Pekoe Trail Stage 13 Haputale to St Catherin’s Hill”
Zapytali właściciela, co to jest ten Pekoe Trail.
- To szlak trekkingowy o długości około 300 km przebiegający przez Centralne Wyżyny i łączący Kandy z Nuwara Elliya, przez plantacje herbaty, lasy, wiejskie wioski, góry. Jest jeszcze mało znane i z pewnością nie spotkacie tam tylu ludzi co w Horton Plains a fauna i flora bardzo podobna.
- Michał! Chodźmy tam, zróbmy sobie tam wycieczkę, to będzie dopiero fajne przeżycie.
Zanim skończyli mango lassi było prawie postanowione, że „olewają” Horton Plains i następnego dnia ruszą na podbój Pekoe Trail. Zrobią 2 albo 3 stage’e jednego dnia. Wstaną wcześnie tym razem.
Podekscytowani swoim niestandardowym podejściem do zwiedzania Sri Lanki poszli zjeść Kottu albo Curry (nie pamięta z wrażenia, co jadła) tym razem nie popijając piwa. Do Diyathalawa wrócili tuk tukiem, torami w ciemności nie mieli odwagi iść, aż tak niestandardowi nie byli. W hotelu wypili po kieliszku obrzydliwego lokalnego wina, wykąpali się i położyli ze swoimi książkami w wielkim i cholernie wygodnym łóżku. On leżał z Hararim, ona z Dickensem. I tak właśnie celebrowali 4tą rocznicę swojego związku. Zasnęli pełni wrażeń z torów, planowania górskiej wycieczki oraz książek.
Wyspali się tej nocy jak dawno nie.


Comments