Marzenie – Przeznaczenie
- Joanna Rucinska-Paulik
- Sep 8, 2025
- 6 min read
– Tato, tato!
– Co Asiu?
– Zatrzymaj się w tym zamku proszę.
– To nie jest zamek Asiu i nie zatrzymam się, bo do granicy z Niemcami jest już blisko. A na pewno będzie na niej kolejka, więc szkoda tracić czas.
– Ale wygląda jak zamek. Zobacz, ma wieżę i jest z kamienia.
– Tak, ale to nie jest zamek.
– Hmm, skąd wiesz, skoro nie byłeś w środku.
– Bo wiem Asiu.
– A ja myślę, że to jest zamek. I dopóki się w nim nie zatrzymamy to będę tak myśleć.
– Dobrze, jak chcesz. Muszę się skupić na drodze.
– Ale kiedyś się zatrzymamy w nim, tato? Obiecujesz?
– Nie mogę obiecać.
– No proszę Ciebie, czuję, że to jest magiczne miejsce.
– Zobaczę, może jak będziemy wracać, ale nie wiem.
– Dobrze tatusiu.
I pojechali dalej, w korkach na granicy stali dobre dwie godziny a ona wciąż przed oczami miała ten tajemniczy zamek, o którym marzyła, by kiedyś się w nim znaleźć niczym księżniczka z bajek, które oglądała, albo o których czytali jej rodzice. Szkoda, że tata nie rozumie, jakie to dla niej ważne. Może to dlatego, że nigdy nie był dziewczynką i nie chciał zostać księżniczką ani spotkać swojego księcia. A może faktycznie chciał szybko przejechać przez tę granicę. Tak czy siak, nie miała wyjścia. On prowadził auto i był jej tatą, no i to on decydował o przystankach na trasie. Może uda się jej go namówić w drodze powrotnej. Ta myśl pozwoliła jej cieszyć się dalszą jazdą, a także pięknymi widokami z drogi, która po przekroczeniu granicy była jakaś szersza i ładniejsza niż ta w Polsce. Obraz zamku powoli zastępowały lasy, pola, kolorowe stacje benzynowe i tablice drogowe w obcym języku. Jednym z najczęściej widzianych znaków był taki niebieski w kształcie długiej strzałki i widniał na niej napis Ausfahrt. Zastanawiała się, co to za wielkie miasto to Ausfahrt, bo co kilkanaście kilometrów na ich trasie pojawiał się taki właśnie znak.
Wracając do Poznania ponowiła prośbę o zatrzymanie się w zamku.
– Tato, tato, proszę…
– Nie Asiu, dopiero co przekroczyliśmy granicę, staliśmy na niej kilka godzin, trzeba nadrobić ten czas i dojechać do domu. Pogoda nie jest najlepsza i robi się ciemno a przecież chcemy bezpiecznie dotrzeć na miejsce.
– No tak… Rozumiem.
Choć nie rozumiała wcale. Przecież to miejsce aż prosi się o odwiedzenie. W środku na pewno jest cudownie. I kto wie, może mieszka w nim jakiś książę. Może nie taki jak w bajkach, ale taki nowoczesny, niemniej książę.
Do Niemiec jeździli dość często, ale nigdy nie udało się jej namówić taty na postój w zamku. Nic nie mogła z tym zrobić. Tata to tata i ma prawo decydować o postojach. Szczególnie, że to on prowadził. Ona była tylko dzieckiem, które czuło, że COŚ tam jest a tata dorosłym, który kieruje się rozsądkiem i logiką a nie czuciem jakimś.
***
Kiedy była trochę starsza jeździła tą trasą bez taty, czasem z chłopakiem, czasem ze szkolną wycieczką, czasem autokarem a czasem autostopem. W księcia z bajki nie wierzyła wtedy za bardzo. A przejeżdżając obok budynku przypominającego jej w dzieciństwie zamek tak była zajęta chłopakiem albo szkolnym towarzystwem, że nawet go nie zauważała. Ze szkołą często jeździła do Francji i tam zwiedzała prawdziwe zamki. Tylko, że wtedy jakoś ją to nudziło. Owszem z zewnątrz zamki wyglądały pięknie, ale chodzenie po nich z przewodnikiem opowiadającym o przedmiotach użytkowych rozstawionych po komnatach uważała za wyjątkowo nudne i niecierpliwiąc się ogromnie starała się zabić czas żartowaniem z koleżankami z klasy lub robieniem jakichś innych głupot. Może gdyby przypomniała sobie jak kiedyś będąc małą dziewczynką marzyła o zatrzymaniu się przy budynku, który uważała za zamek to bardziej zainteresowałaby się tym zwiedzaniem. Ale nie pamiętała tego wcale.
Czas w liceum przeleciał szybko. Poszła na studia i miała kolejnego chłopaka. Z nim także jeździła do Niemiec i do Francji. Czasem drogą z dzieciństwa. Wspomnienie zamku przebijało się nieśmiało i dyskretnie, ale chłopak, podobnie jak kiedyś jej tata nie uważał, aby zatrzymywanie się w nim miało sens. Na granicach stało się jeszcze dość długo i każda zyskana na trasie minuta miała znaczenie. Nie zastanawiała się wtedy nad tym, czy znaczenie miała także jej potrzeba zatrzymania się. Chłopak decydował, co miało większe. Byli ze sobą 5 lat i z czasem przestała go nawet prosić. Pod koniec studiów rozstali się i przestała również tamtędy jeździć.
W 2004 roku Polska weszła do Unii, w tym samym roku oddano do użytku pierwszy odcinek na trasie Poznań – Świecko (do Nowego Tomyśla), od dwóch lat była żoną a od roku mamą rocznego synka. Z mężem i synkiem także jeździli do Niemiec, głównie do Berlina. Czasem zabierali jej mamę. Odwiedzali berlińskie zoo, oglądali Bramę Brandenburską i jedli lody Haagen – Dazs. Mąż, podobnie jak kiedyś tata, a potem chłopak z czasów studiów, największą wagę przywiązywał do szybkiego dotarcia do celu, a celem nie był budynek z dzieciństwa przypominający zamek, tylko szybkie przekroczenie granicy i znalezienie się z ich synkiem w zoo. Małe dziecko nie może przecież tak długo w samochodzie siedzieć. No z takimi argumentami nie zamierzała nawet dyskutować.
W 2011 roku oddano do użytku drugi odcinek trasy Poznań – Świecko. Każdy rozsądny człowiek, dla którego liczy się szybkie dotarcie do celu przestał jeździć starą drogą krajową. Ona była wtedy takim człowiekiem. Miała 35 lat, dwóch synów, jednego męża a jej życiowe cele można było sprowadzić do jednego mianownika: szybko uporać się z obowiązkami, które życie postawiło jej na drodze. Na tej drodze nie było ani zamków a nie księcia z bajki. Był przyziemny kierat, szarobure od–pon–do–pt i zbyt szybko przemijające weekendy.
Dopiero rok 2013 wniósł do jej życia niejakie urozmaicenie. Zdradę męża i wspólny rozwód. Wtedy nie jeździła przez jakiś czas nigdzie. Próbowała stanąć na nogi w nowej sytuacji. Jedyne zamki, o których myślała to te drzwiach nowo zakupionego mieszkania na kredyt a jedynymi książętami obecnymi wtedy w jej życiu byli jej synowie. Bajki opowiadała im codziennie przed snem, jednak zmieniała je z właściwym sobie poczuciem humoru. Nie miała sumienia opowiadać im bajek tak jak opowiadano je jej, gdy była dzieckiem, bo wiedziała już jak wiele rozczarowań w życiu dorosłym powodują.
***
Po jakimś czasie stanęła na nogi. Jej książęta rosły, zamki w drzwiach były bezpieczne. Miała pracę, miała pieniądze. Na wakacje z dziećmi jeździła raz w roku, ale nie do Niemiec ani Francji. Wieczorami, po całym dniu pracy, domowej krzątaniny i czasu z dziećmi nieśmiało marzyła o księciu, a może raczej królu z bajki, który kiedyś zapuka do jej drzwi i powie: „Od teraz już o nic nie musisz się martwić, bo oto jestem!” Rano karciła siebie za to niedorzeczne marzenie, teraz celem było przetrwać dzień. Zawieźć dzieci do szkół, odbyć tysiące telekonferencji w korpo, odebrać dzieci, zawieźć na treningi, zrobić zakupy, obiad, pranie, wytłumaczyć dzieciom, co jest ważne w życiu, opowiedzieć im zmienione bajki i wreszcie położyć spać z nadzieją, że zaśnie i może przyśni się jej jakiś król albo książę, bo w realnym życiu wydawało się, że nie spotka go nigdy.
Był to czas, kiedy jej potrzeby nie do końca jeszcze były przez nią zauważane, ale była na dobrej drodze. Dziecięce marzenia powoli przypominały jej o sobie. Jak na przykład to, że jako mała dziewczynka lubiła pomagać innym, w różnych obszarach ich życia. Dlaczego jako dorosła nie miałaby tego robić? Zaczęła studiować coaching. Po studiach zaczęła pomagać ludziom poprzez coaching właśnie. Coaching sprawił, że zaczęła pomagać także sobie. Zadawała sobie pytania, nie zawsze łatwe. Odpowiedzi rozwijały ją i prowadziły ku Nowemu. Kupiła nowe mieszkanie, było jak zamek w porównaniu do tego, w którym mieszkała z synami przez wcześniejsze 5 lat. Poprawiła relacje z dziećmi. Zaakceptowała życie w pojedynkę. Wypełniła się miłością i szczęściem. Myśli o księciu, czy też królu na białym koniu pojawiały się rzadko. Były to myśli lekkie a nie ociężałe i zdesperowane.
W nowej dzielnicy mijała go kilkukrotnie. Znali się chyba z liceum. Czasem ona zagadała jego a czasem odwrotnie. Nie szły im te rozmowy. Ale pewnego dnia stało się inaczej. Rozmawiali całą noc i chcieli więcej. Zaciekawiali się sobą z każdą rozmową coraz bardziej aż pewnego dnia chwycili się za ręce. On często wyjeżdżał, do jakiegoś Torzymia. Stamtąd dzwonił codziennie opowiadając o swoim dniu. Czasem w tle słyszała odgłosy restauracji:
– To Zajazd Chrobry, kupuję sobie żurek i kotleta na wynos.
– Aha.
Po kolejnych kilku tygodniach zaprosił ją do tego Torzymia właśnie, do rodzinnego domu jego rodziców. Chciał, by i jego rodzice się nią zaciekawili. Pojechała pociągiem. Odebrał ją z dworca i podekscytowany wiózł na spotkanie. Gdy wjechali do Torzymia zamarła. Jej oczom ukazał się budynek z wieżą, który tak często mijała w dzieciństwie, a przy którym nikt nigdy nie chciał pozwolić się jej zatrzymać.
– Co to za budynek?
– To Zajazd Chrobry. Pójdziemy tam jutro, jeśli tylko będziesz chciała oczywiście.
– Jeśli? Ja całe dzieciństwo marzyłam, by tam wejść lub żeby choć się przy nim zatrzymać. Ale nikt nigdy nie chciał tego dla mnie zrobić.
– No widzisz, musiałaś poznać mnie, by Twoje dziecięce marzenie w końcu się spełniło.
– Nawet nie wiesz jak bardzo – pomyślała tylko.
Od tego czasu była w zajeździe jakieś kilkadziesiąt razy. Księcia w nim nie spotkała. Zabierała ze sobą swojego ;).
***
P.S. Czasem zastanawia się, czy coś inaczej potoczyłoby się w jej życiu, gdyby tata zatrzymał się wtedy, kiedy była mała, przy tym budynku, który myślała, że jest zamkiem.

Comments