top of page

Przedwalentynkowe rozkminy

  • Writer: Joanna Rucinska-Paulik
    Joanna Rucinska-Paulik
  • 5 days ago
  • 5 min read

Co robicie w Walentynki? Tak pytam, nie żebym ankietę jakąś robiła, tak tylko. Zagajam.


Wiecie, jak to jest z tymi walentynkami, niby ich nie obchodzimy, ale jakoś tak w okolicach tej daty coś zaczyna nas pchać w kierunku zakupu prezentu dla partnera / partnerki albo w kierunku fantazji o tym dla siebie.


Wydaje mi się, że bardziej fantazjują kobiety. Mężczyźni do ostatniej chwili marzą jedynie o skróceniu lutego z dwudziestu ośmiu dni do trzynastu. Ale kiedy zbliża się dwunasty biegną w popłochu do jubilera, perfumerii albo innego miejsca, które zdejmie z nich ciężar fantazji ich partnerek.


Kobiety natomiast pomiędzy fantazjami dopada nieprzyjemne poczucie obowiązku, jakim w tej sytuacji jest zakup prezentu dla niego. Wściekają się przy tym w myślach, bo to kolejny obszar życia w których mężczyźni niby mają łatwiej. Nikt chyba nie zaprzeczy, że lista potencjalnych prezentów dla kobiet jest dłuższa niż dla mężczyzn, żeby nie rzec nieskończenie dłuższa.


I tak oto, myśląc jak ten drugi ma łatwo i przyjemnie, kobieta i mężczyzna, czekają na czternastego lutego, pierwsze niczym Scarlett O’Hara na bal, drudzy niczym Frodo Baggins przed Górą Przeznaczenia.


U nas (czyli u mnie i u Michała ;)) jest podobnie. Może poza jednym razem, kiedy miałam epizod depresyjny i Walentynki nie zajmowały mnie tak bardzo jak wtedy, gdy mam się dobrze. Ale nawet wtedy, może trochę późno, bo w połowie samego święta, ocknęłam się, kupiłam prezenty na tzw. ostatnią chwilę, ugotowałam pyszną kolację i czekałam wystrojona przy świecach.


W tym roku kończę pięćdziesiąt lat i przeżywam TO jakoś bardzo. Walentynki zeszły więc ponownie na plan dalszy. Coś mnie jednak tknęło i pomyślałam sobie: – Nie, no Aśka, nie może tak być, że olewasz walentynki, przecież najwięksi guru od rozwoju, wzrostu, progresu, ekspansji itp. itd. wtłaczają nam do łbów, żeby celebrować sukcesy, a pięć lat razem na rynku wtórnym to chyba sukces, co nie?


No i tak po rozmowie samej ze sobą (btw. uwielbiam te rozmowy) uznałam, że wymyślę coś fajnego, miłego dla nas obojga. Tak się ucieszyłam, że wpadłam na takie cudne rozwiązanie tegorocznych walentynek, że zupełnie zapomniałam o tym, jakie to wymyślanie będzie trudne, żmudne i męczące. I wierzcie mi, nie czekałam na potwierdzenie tego zbyt długo.


No bo co? Masaż dla dwojga? Jezu, no to już było, z okazji i bez okazji. No to może jakiś wyjazd? No tak, ale to droższe już znacznie. Komuś Sri Lanka przeleciała teraz przez głowę? Mi tak, z naciskiem na prze – le – cia – ła. No więc masaż dla dwojga nie, wyjazd nie, kolacja bez sensu, bo i tak wydamy na niej więcej na wino niż na jedzenie. Teatr? No fajnie, ale chyba za późno teraz na to. Coś do domu dla nas? Nowy materac do łożka? No tak, ale to może wyjść przy dobrym materacu jak wyjazd na Sri Lankę, choć materac starczy na dłużej, tylko nie wiem, czy wspomnień i wrażeń tyle dostarczy ;).


No to fajnie wymyśliłam. Nie ma co. Już miałam poprosić Czata Dżipiti o pomoc, gdy z „fantazji” o walentynkach wytrąciło mnie scrollowanie telefonu. Ogólnie złe to jest, wiadomo, ale tym razem pomogło… Oto wpadłam na reklamę wydarzenia organizowanego przez Oddech masaż & relaks„Warsztaty masażu dla par”…


Niby też masaż, a jednak inaczej, bo nie dość, że w Walentynki spędzimy trzy godziny na robieniu czegoś twórczego i miłego razem bez żarcia i wina oraz innych około konsumpcyjnych dodatków, to jeszcze wrócimy do domu z nową umiejętnością, masowania siebie nawzajem, ale wiecie, nie tak, że idą konie po betonie, albo biegną kurki biegną kurki, tylko tak porządnie, profesjonalnie i kto wie, może nawet prozdrowotnie.


Nie, no po prostu mistrzostwo! Krzyczę w myślach (a może już na głos?) do siebie dumna i szczęśliwa jak dawno nie. Jednak i ta przyjemna chwila nie trwa zbyt długo… Przy okazji dygresja, czy przyjemne chwile z natury rzeczy trwają krócej niż nieprzyjemne, czy tylko ja tak mam?


Mi moją przyjemną tym razem popsuł widok ceny wydarzenia, a mianowicie 500 zł. Kurna drogo, nie!? I już mi mózg chciał zacząć robić prezentację tego wszystkiego co za te 500 zł kupić bym mogła, gdy nagle mnie olśniło. A olśnieniu pomogło wspomnienie niedawnej rozmowy z przyjaciółką…


Opowiadałam jej o analizie kolorystycznej, sylwetki oraz całej mojej szafy, którą zrobiła mi niedawno fantastyczna Paulina Lupa. Wymieniłyśmy się usługami, ja jej coaching ona mi konsultację stylizacji. No więc opowiadałam jej z rumieńcami na twarzy, jak to po prawie pięćdziesięciu latach dowiedziałam się, jakie kolory mi służą a jakie nie, jakie długości spodni, sukienek, jaka biżuteria etc. etc. Że były to przemiłe chwile słuchania o sobie, swojej kolorystyce, kształcie (jestem gruszeczką, czyż to nie słodkie?). Ale było też mniej przyjemnie, np. wtedy, gdy na podłodze wylądowało trzy czwarte mojej szafy, i tak, były to rzeczy, których nie miałam już nigdy nosić… Long story short zajebista sprawa i polecam każdej kobiecie, nawet tej, której tak ja mi dotąd wydawało się, że co jak co, ale ubrać to ja się akurat umiem ;). Przyjaciółka pod koniec moich opowieści miała już też wypieki na twarzy i jak się domyślacie koniecznie chciała też sobie taką analizę zrobić (swoją droga, może ja powinnam ludzi biznesy polecać, bo czego nie polecę wszyscy chcą i lecą jak szaleni).

– Aśka, weź Ty się dowiedz od niej, ile to kosztuje, bo to jest mega i mi też by się przydało.

– Jasne, zapytam.

No i zapytałam.

– 300 zł za godzinę takiej konsultacji.

I tu jak się domyślacie nastąpiła wymowna cisza, a następnie użyte już w tym tekście słowa: „Kurna drogo, nie!?”…


No a teraz wracam do mojego olśnienia, bo ta przydługa opowieść w opowieści to tylko wstęp do olśnienia, mimo że aż ponad 1300 znaków…


A mianowicie nie wiem, czy to jest drogo. No tak na pierwszy rzut oka tak, no bo 300 zł albo 500 zł wygląda na sporo, ba! wręcz bije po oczach i woła: „nie wydawaj mnie, nie wydawaj mnie, błagam!”. Ale po namyśle, już nie mam takiej pewności, bo jeśli w godzinę mogę się dowiedzieć jak zaoszczędzić tysiące złotych na ciuchy i inne ozdoby ciała, które zamiast dodawać urody, jej ujmują, albo jeśli na takim kursie dowiem się, jak masować oraz być masowaną codziennie ZA FREE, a jako skutek uboczny tego wzajemnego masażu mogą się wydarzyć jeszcze absolutnie bezcenne cuda, to obie kwoty wydają się wręcz mizerne, ba! nieadekwatnie niskie.


I wiecie co? Tak jest ze wszystkimi usługami. Ile razy słyszymy albo sami mówimy: „Jezu, jak drogo…”, „Sesja u terapeuty 250 zł? Ile domów sobie za moje traumy postawi?”, „Masaż twarzy ponad 100 zł? Sama się kur… wymasuję, no bo co takiego trzeba umieć, żeby komuś twarz wymasować???”, „500 zł za farbowanie włosów? Farba w Rossmanie ze świeczką w prezencie dziesięć razy mniej kosztuje”, „50 zł za godzinę sprzątania? Nosz kurna, kogoś poniosło!”, „Godzina jogi 60 zł. Przecież na to trzeba chodzić kilka razy w tygodniu”, „Trening personalny w domu 175 zł, sama z youtubem poćwiczę”, itd. itd. O coachingu chyba nie muszę wspominać, to chyba oczywiste... ;)


I nie będę kłamać, sama tak mówiłam, mówię i pewnie jeszcze będę mówić. Ale jakoś mnie tak naszło, że to jest złe podejście. Nie wszystko można nominałem pieniądza oceniać. Owszem, wszystko, co wymieniłam powyżej nie leży na samym dole piramidy ludzkich potrzeb, ale mimo to, może być dla nas ważne i to jak bardzo jest to dla nas ważne podpowie nam najlepiej, czy warto wydać na coś 300, czy 500, czy 1000 zł. To raz, a dwa, jeśli potraktować te wydatki jak inwestycje, to my na nich możemy nawet zarobić, a w najgorszym razie przynajmniej zaoszczędzić: konsekwencji niezaopiekowanej traumy, pogorszenia owalu twarzy, zniszczonych włosów, czasu na coś, co lubimy, leczenia kolan i innych kontuzji, itd. itd. O korzyściach / oszczędnościach w przypadku coachingu chyba nie muszę wspominać, to chyba oczywiste... ;)


Także tak oto z walentynek moje wysoko wrażliwe neurony zaprowadziły mnie do rozważań na temat wydawania pieniędzy, no sama się sobie dziwię haha. A tak na serio, mam nadzieję, że następnym razem, gdy już już prawie ktoś z nas będzie miał krzyknąć: „Kurna drogo, nie!?” zamiast listy tego, co można by za to kupić, mózg zaprezentuje nam, sensowne argumenty za zainwestowaniem w siebie, czym na pewno, wszystkie wymienione w dzisiejszym tekście usługi są!


Amen!


I szczęśliwych walentynek, bo ja dobrze wiem, że już dzisiaj o nich myślicie!

Recent Posts

See All
To przecież tylko zwykłe bieganie...

Czemu czuła się jak odkrywca kontynentu, mimo że chyba wszystkie zostały już odkryte? Skąd to unoszące ją do gwiazd uczucie szczęścia,...

 
 
 

Comments


bottom of page