top of page

Sri Lanka, podróż życia, czy w głąb siebie? Cz. 8.

  • Writer: Joanna Rucinska-Paulik
    Joanna Rucinska-Paulik
  • May 20, 2025
  • 6 min read

„Podróż do Haputhale i Diyatalawa”

 

Po powrocie, zjedli pyszne śniadanie, spakowali się i ruszyli dalszą drogę. Tym razem już lokalnym pks’em i z przesiadką, 105 km, które miało im zająć 4 do 5 godzin. Przewodnik podrzucił ich na przystanek autobusowy, wskazał, jakim numerem powinni pojechać i poczekał na jego przyjazd. Nie chciał za tę przysługę pieniędzy. Czekając na autobus zakupiła kilka daktyli na drogę przeczuwając, że mogą się im one bardzo przez najbliższe kilka godzin jazdy dusznym autobusem przydać.

- Daktyle kupiłaś?

- Tak.

- Żeby się bezpiecznie czuć, tak?

- Nie, żeby mieć co jeść w drodze…

Michał nawiązywał do czasów, kiedy miała lęki, że np. zemdleje od gorąca albo z głodu. To było dawno temu, kiedy przechodziła przez wypalenie zawodowo / życiowe. Irytowało ją, gdy każdą spakowaną na drogę kanapkę kwitował tym komentarzem, po czym po kilku godzinach, gdy robił się głodny sam wyciągał po nią rękę. Ale dobra, to jedna z jego nielicznych wad ;)

Kiedy weszli do autobusu, kolorowego jak wesołe miasteczko, pełnego muzyki, śmiechu pasażerów i maskotek zawieszonych wszędzie, gdzie to było możliwe pomyślała, że te 5 dni w luksusie nad oceanem to nie była prawdziwa podróż, to było udawane bycie na Sri Lance, i mimo, że wydawało jej się to jeszcze chwilę temu rajem, który z żalem opuszczała, to wiedziała, że najlepsze chwile na Sri Lance są jeszcze przed nimi. Przyrównała to do życia, kiedy żal nam opuścić jakieś mieszkanie albo pracę, albo związek, bo wydaje nam się, że to było najlepsze co nas mogło spotkać. Tymczasem decydując się na zmianę często okazuje się, że najlepsze jest dopiero przed nami, i że każde rajskie miejsce to taka strefa komfortu, z której warto czasem wyjść, aby poznać nowe możliwości i spojrzeć na siebie, życie i otoczenie z innej perspektywy. To właśnie zamierzali robić przez pozostałe do końca wakacji 16 dni.

Nie ociągała się z nowym zamiarem.

Od momentu wejścia do autobusu rozglądała się dookoła czujnie i ciekawie nie chcąc, by cokolwiek umknęło jej uwadze. Autobus zatrzymywał się często i albo zabierał, albo zostawiał na kolejnych przystankach mieszkańców małych miejscowości podróżujących ze szkoły, pracy, czy w celu załatwienia swoich spraw lub zrobienia zakupów. Wsiadały do niego kobiety ubrane bardzo skromnie, żeby nie powiedzieć biednie i brzydko, ale też takie, które zjawiskowo owinięte drogim sari kandyan (nazwa pochodzi od górzystego regionu Kandy, gdzie powstał lankijski styl noszenia sari) kroczyły autobusowym korytarzem niczym księżne, którym popsuła się karoca. Te drugie miały na sobie oprócz sari, piękne torebki i śliczne buciki na lekkim obcasie. Te pierwsze najczęściej jechały w towarzystwie swoich dzieci, te drugie same lub z podobną do siebie kobietą. Siedząc w przykrótkich, jak na plastikowe, przyklejające się do jej spoconych ud siedzenia autobusu szortach, podziwiała umiejętność wiązania pięciometrowego pasa sari wokół ciał kobiet.

Na kolejnym przystanku do autobusu wpadły niczym chmara motyli dzieci w mundurkach, głównie dziewczynki. Miały na sobie białe podkolanówki, spódniczki i koszulki. Włosy najczęściej zaplecione w dwa warkocze. Wszystkie wyglądały przeuroczo. Przypominały jej czasy jej dzieciństwa i kojarzyły się z niewinnością. Zajadała się tym obrazem zostawiając daktyle na później. Dziewczynki uśmiechały się do niej i szeptały mamom lub swoim koleżankom coś na ucho, po czym obie odwracały się i patrzyły na nią już razem. Podobała się jej ta wymiana zaciekawienia drugim człowiekiem. Michał obserwował w tym czasie świat za oknem. Pomyślała, że to takie symboliczne zestawienie męskiej i żeńskiej energii. Jego skierowana na zewnątrz, jej do wewnątrz. Przystanki mijały, obrazy z namalowanymi na nich ludźmi zmieniały się a pośrodku tego wszystkiego ona, niczym zwiedzająca wiele lat temu ukochane muzeum d’Orsay.

W miejscowości o nazwie Pelmadulla, na dworcu, który łączył różne linie lokalnego PKS nadszedł czas przesiadki. Po przyjemnej przejażdżce w przeciągu będącym wypadkową otwartych okien oraz prędkości ciężko było jej ustać w gorącym słońcu. Skryła się więc w cieniu i wyglądała numeru 99.

- Przyjemna ta podróż jak dotąd kochanie, prawda?

- Tak, Kocio, bardzo.

Oczywiście nadjeżdżały wszystkie numery, tylko nie 99. W końcu jednak i ten pojawił się na horyzoncie. Wtedy zobaczyli, że nie tylko oni ucieszyli się na jego widok. Do autobusu ruszył tłum czekających. Biegli modląc się, by znalazło się dla nich miejsce. W środku nie było już warunków do modlitwy. Chyba, że w jakiejś sekcie. Z głośników, przy których przyszło im bardzo blisko stać wydobywała się tak głośna i tak energiczna muzyka, że nie dało się myśleć. Miejsca prawie nie było. Jeden z ich plecaków ewidentnie nie miał z nimi jechać, ale po chwili elegancka kobieta w sari zaproponowała, że przytrzyma go tam, gdzie do tej pory spoczywały jej długie, owinięte czerwonym materiałem nogi. Michał stał w otwartych drzwiach tuż przy kierowcy. Autobus pędził tak, że wydawało się jej, że za chwilę wszyscy z niego wypadną i zaczną tańczyć do muzyki poza autobusem. Miejsc siedzących, a nawet stojących brakowało ewidentnie. Michał stał cały czas w tych drzwiach a ona w lęku, że go straci, a tak bardzo by nie chciała. Kołysała się w rytmie muzyki i zakrętów branych przez kierowcę autobusu ostro bez zbędnego zwalniania. Dziwiła się, że jako zdiagnozowane WWO nie odczuwa dyskomfortu w tej całej sytuacji: głośno, tłum ludzi, prędkość, duchota, hmmm, jak nie ona. Na jednym z kilkunastu przystanków zwolniły się dwa miejsca. Usiedli a po chwili ona już spała… Spała, rozumiecie? W tych warunkach. Może powinna mieszkać na Sri Lance? W Poznaniu przejście po ruchliwej ulicy Dąbrowskiego stanowi dla niej wyzwanie. No ale przecież była wypoczęta, 5 dni w udawanej podróży po Sri Lance nad oceanem zrobiło jednak robotę. To skłoniło ją do refleksji nad znaczeniem wypoczynku i regeneracji w życiu człowieka. Jak często już przekonywała się o tym, że postrzeganie otoczenia jest wprost proporcjonalne skorelowane ze stanem psychofizycznym. Postanowiła więcej napisać o tym w jakimś poście lub w jednym z rozdziałów swojej planowanej książki „W drodze do harmonii”. Tak, tytuł oklepany, ale póki co nie przychodził jej żaden inny do głowy. Zanim wyda tę książkę będzie głosić wśród swoich klientów oraz znajomych, że aby dokonać jakiejkolwiek zmiany, najpierw muszą wypocząć, nie da się pracować nad sobą w stanie wyczerpania a nawet przeciętnego zmęczenia.

Z tych życiowo / coachingowych rozmyślań wyrwał ją donośny głos kierowcy, który zarządził postój. Pasażerowie z ulgą opuścili pojazd, by rozprostować nogi, jechali już kilka godzin a wciąż 2 przed nimi. Jedni palili, inni kupowali kawę a jeszcze inni pokrojone mango. Kolejka w przydrożnym sklepiku była na tyle długa, że postanowili zadowolić się kilkoma daktylami, które zakupiła na Ret Junction w Udawalawe.

- No i co? Widzisz? Daktyle się przydały, tiruriru…

Zagadnęła z triumfem.

- Tak tak

Odpowiedział znudzony.

Po powrocie do autobusu wszyscy grzecznie zajęli swoje miejsca. Nawet te stojące były niejako numerowane. Spała do samego Haputale.

Gdy wysiedli i założyli plecaki poczuli w nogach, plecach, ba! całym ciele, poranne safari, które zdawało się im teraz snem oraz prawie 6 godzinną podróż lokalnym PKSem. Na dworze było ciemno i znacznie chłodniej niż dotychczas. Ta ciemność, chłód oraz niebo zasnute chmurami przypominało wyraźnie, że przyjechali w góry. Lekki niepokój wkradł się na chwilę do jej głowy:

- A jak tu nie będzie ładnej pogody? Chociaż sprawdzałam i miała być.

- Będzie Kocio.

Jakoś jej to nie pocieszyło, ale kilka minut później, gdy jej płuca wypełniły się górskim klimatem, pomyślała, że przecież jest już opalona i nawet jakby nie miało być słońca już do końca ich podróży to nic. Poza tym, nie ma wpływu na pogodę, więc nie ma sensu się nią przejmować, ma natomiast na to, co zrobią jakakolwiek by ona nie była. Ha!

Porządnie już głodni poszli do polecanej na google maps knajpy Green Paradise. Po jedzeniu przez cały dzień daktyli, wszystko wydawało się rajem. Zamówili poznane dzień wcześniej kottu, sałatkę i dwa piwa Lion. Piwa nie było, musieli, a bardziej chcieli, pójść po nie do pobliskiego „monopolowego”. Jedli i pili patrząc na ledwo widoczne, zatopione w późnej porze i chmurach szczyty gór i poczuli, jeszcze nie dzieląc się tym między sobą, że spędzą tu cudowny czas. Po rajskiej uczcie, przez aplikację pick me zamówili tuk tuk’a, który zawiózł ich oraz ich bagaże do hotelu Top Mountain Resort. Jechali krętą, leśną drogą, najpierw w górę a potem w dół. Gdy dojechali na miejsce, na powitanie wyszedł manager hotelu.

- Witamy w Dyiatalava

- Dobry wieczór.

- Skąd przyjechaliście?

- Z Udawalawe. Zrobiliśmy tam safari.

- Aaa to pięknie.

- Tak, choć mamy mieszane uczucia.

Manager mówił świetnie po angielsku i czuć było w nim prawdziwego hotelarza, co mu powiedziała czując, że robi mu tym wielką przyjemność. Sama też ją czuła. Lubiła sprawiać, by innym było miło. Jednak przeleciało jej przez głowę, pewnie ze zmęczenia, że to może egoistyczne… Mówienie innym miłych rzeczy, bo koniec końców i ona czerpała z tego radość. Nie miała jednak dość siły, by zgłębiać to dalej. Chciała się wykąpać w obiecanej na stronie hotelu gorącej wodzie i położyć spać.

Tak zrobiła.

- Zobacz jak tu fajnie!

- No super, Kocio.

Podziwiali apartament, który w porównaniu do noclegu przed safari był 6 gwiazdkowym hotelem w Dubaju a największą radość sprawił jej w tym całym luksusie biały kocyk w czarne łatki, wzór niczym skóra zdarta z polskiej krowy, znaleziony w szafie. Otuliła się w niego jeszcze gorąca od kąpieli i zasnęli smacznie. Śniło im się, że są w podróży, i że odkrywają nieznane dotąd turystom szlaki i miejsca. Nadchodzący poranek i dzień miał wkrótce zweryfikować znaczenie tego snu.

Recent Posts

See All
To przecież tylko zwykłe bieganie...

Czemu czuła się jak odkrywca kontynentu, mimo że chyba wszystkie zostały już odkryte? Skąd to unoszące ją do gwiazd uczucie szczęścia,...

 
 
 

Comments


bottom of page