Sri Lanka, podróż życia, czy w głąb siebie? Cz. 5.
- Joanna Rucinska-Paulik
- May 20, 2025
- 4 min read
„Tangalle”
Michał był tak zmęczony, że po zameldowaniu położył się spać.
A ona? Ona nie potrafiła już zasnąć. Przechadzała się po obiekcie Ganesh Garden Beach Cabanas z rozdziawioną z nieustającego zachwytu buzią, zapomniawszy już zupełnie o Angelinie Jolie. Zamówiła sobie kawę i zasiadła na huśtawce zawieszonej pomiędzy palmami i spoglądała przed siebie. Widziała inne palmy oraz rośliny o grubych, jędrnych liściach, zielonych tak bardzo jak żadne inne, które widziała dotąd w swoim życiu. Widziała ocean oraz jasno żółty piasek, hamaki, drewniane leżaki, kolorowe kwiaty i wiewiórki biegające po pniach drzew. Zrobiła zdjęcie tego cudownego widoku i trochę obwiniając się, że może powinna być bardziej „tu i teraz” wysłała je jednak do kilkunastu znajomych przez whatsapp. Tak, chciała się nim podzielić, choć wcześniej uważała, że wysyłanie zdjęć z wakacji jest jakoś tam „złe”, bo po pierwsze nie oddaje rzeczywistości, po drugie może trafić na np. gorszy nastrój odbiorcy, któremu zrobi się przykro, że ona/on w pracy przed kompem a nadawca w tak pięknych okolicznościach. Jednak odzew na zdjęcie był tak przemiły, tak pełen szczerej radości z jej szczęścia, że myśl ulotniła się podobnie jak słowa na „N” podczas lotu.
Po dwóch godzinach delektowania się huśtaniem i widokami postanowiła obudzić Michała. Ten, biedny, zmęczony pracą jeszcze sprzed wyjazdu oraz podróżą, w której się nie wyspał, był bliski zapadnięcie w sen wieczny.
Uratowała go.
Przeszli się po plaży, obiekcie i postanowili pójść dwa kilometry dalej do sklepu spożywczego po wody i inne potrzebne im rzeczy, tańsze jednak w sklepie, niż w hotelu. Oszczędność na wakacjach ponad wszystko!
Idąc zauważyli, że mają stopy opuchnięte tak, że z powodzeniem mogliby ich użyczyć do scen z Władcy pierścieni z ujęciami stóp Hobbitów. Dwa loty zrobiły jednak swoje.
W drodze do sklepu mówili do siebie mało, bo ciężko jest mówić z otwartymi buziami.
Od czasu do czasu tylko któreś z nich wzdychało i wyrzucało z siebie:
- Jezu, jak tu pięknie!
- Zobacz ten mostek!
- Ooo patrz małpka tam biegnie…
- Ooo a tu może przyjdziemy jutro na mango lassi…
Wracając znaleźli przypadkiem miejsce do masażu i postanowili zafundować sobie masaż stóp… W tle szumiał ocean a oni obok siebie relaksowali się masażem wymęczonych drogą kończyn.
Gdy wrócili do hotelu byli już innymi ludźmi, w każdym razie na pewno z innymi stopami. Zamówili lampkę wina, która kosztowała tyle co dobra butelka wina w Poznaniu oraz danie z owocami morza, które kosztowało tyle co lampka wina w Poznaniu i cieszyli wieczorem oraz perspektywą ponad 3 tygodni na Sri Lance.
Zasnęli smacznie ukołysani przez ocean i obrazy ze spaceru.
Kolejne kilka dni wyglądało dość podobnie. Pyszne lankijskie śniadanie z niewiarygodną wręcz ilością owoców, w tym najlepszym mango i papają, jakie ona kiedykolwiek jadła w życiu (na Sri Lance jest 400 odmian tego owocu, które ona znała dotąd z lidla lub biedronki), do tego soczewica w różnych kolorach, jajka sadzone, które wydawały się jej najlepsze na świecie, curry, ryby i inne morskie cuda.
Po śniadaniu plaża i książka (wzięli ze sobą pół plecaka książek i wszystkie miały objętość trylogii Sienkiewicza)…, spacer brzegiem oceanu, który ostrzegał przed kąpielą wielkimi falami i prądami, które wciągały i wypluwały śmiałków na brzeg niczym niechcianych gości. Dla ochłody pływali więc w basenie, w którym znajdował się śliczny drewniany bar. Codziennie pili w nim wodę kokosową z kokosa zrywanego przez kelnera z pobliskich drzew. Dla niej to był pierwszy raz.
- U nas wodę kokosową można kupić tylko w plastikowych butelkach.
Musiała to zdanie powtórzyć kilka razy zanim zdziwiony kelner zrozumiał, że mówi prawdę.
- W plastikowych butelkach?
Chodził później wzdłuż basenu kiwając głową z niedowierzaniem podobnym do jej sprzed wylotu.
Spacerowali, pływali na kajakach w pobliskiej lagunie obserwując warany, korzystali z masaży (przez cały pobyt w tym miejscu wymasowali sobie po kolei wszystkie części ciała), chodzili rytualnie wręcz do lokalnej i rodzinnej kawiarni Little Pumpkin na mango lassi i sącząc je delektowali się w ciszy wszystkim dookoła.
Trzeciego dnia pobytu okazało się, że zwolnił się domek na samej plaży z obłędną wręcz łazienką z odkrytym częściowo dachem z widokiem na palmy i niebo oraz tarasem wypełnionym materacem, na którym można było czytać ich książki podczas przelotnych opadów tropikalnego deszczu.
- Może zmienimy domek na ten kochanie?
- No też tak pomyślałem… Choć mieliśmy być tu tylko do jutra, ale możemy sobie przedłużyć pobyt.
- No czyli jednak dostanę prezent na dzień kobiet hahaha
I zamienili oraz przedłużyli pobyt za „drobną dopłatą”, którą będą sobie kilkakrotnie wyrzucać podczas dalszej podróży.
Ale czy nie warto czasem zrobić sobie takiej przyjemności? Zastanawiała się nad tym leżąc w pół słońcu pod palmą, swoją drogą idealne miejsce do wszelkiej refleksji… Miała tam ich znacznie więcej, teraz myśli, że dokładnie tyle, ile ziaren piasku na ich plaży. Jedna myśl goniła drugą. Rozmyślała o tym, jakie to szczęście, że znalazła się z nim na tej plaży i że może widzieć i odczuwać to, co odczuwa. Miała nawet wrażenie, że to wszystko jest snem, i że za chwilę zbudzi się z niego w swoim łóżku na Reja. Rozpierające ją szczęście nie pozwalało jej skupić się na książce, którą wzięła ze sobą (jedną z wielu). Książkę napisał Lankijski pisarz, Shehan Karunatilaka, mieszkający obecnie w Kolombo, który otrzymał za to dzieło nagrodę Bookera. Powieść jest „baśnią” dla dorosłych i opowiada w sposób niezwykły historię wojny domowej na Sri Lance. Książkę pożyczył jej ukochany tata, który wraz z mamą od lat dziecięcych zachęcali ją do czytania. Tytuł książki to „7 księżyców Maalego Almeidy”. Główny bohater, fotograf wojenny, hazardzista i sprzedawczyk, zostaje zabity. Jego ciało spoczywa na dnie kolumbijskiego jeziora Beira a dusza ulatuje do absurdalnego urzędu, rodzaju biura wizowego w zaświatach. Tam Maali dostaje siedem dni (księżyców) na rozwiązanie zagadki swojej śmierci i zamknięcie niedokończonych ziemskich spraw.
Kończąc tę książkę na tangellskiej plaży pomyślała o opowiadaniu lub książce, które sama chciałaby napisać o swoim życiu… „7 księżyców Joanny Rucińskiej Paulik”. Byłaby to historia jej drogi od rozwodu do dnia, w którym znalazła się na przepięknej plaży nad oceanem indyjskim, o tym, co ją do tego miejsca doprowadziło, co sprawiło, że leży niczym najszczęśliwsza osoba na świecie patrząc na palmy, niebo i ocean, i rozpoczyna podróż po Sri Lance, która jak się niebawem przekonała, miała się okazać podróżą jej życia.


Comments