Sri Lanka, podróż życia, czy w głąb siebie? Cz. 10.
- Joanna Rucinska-Paulik
- May 20, 2025
- 4 min read
„Wciąż Haputhale i Diyatalawa”
Po przebudzeniu zdali sobie sprawę, że marzenie o górskich wycieczkach będzie musiało poczekać, bo tego dnia mieli zaplanowane podziwianie wodospadu Diyaluma Falls oraz plantacji herbaty z widokami ze słynnego Lipton’s Seat. To nic, pomyśleli. Przedłużą pobyt w Top Mountain Resort. Przecież mogą. I niczego nie muszą. To przecież wakacje, a na wakacjach dobrze jest niczego nie musieć i móc zmieniać plany w zależności od tego, na co ma się ochotę. I to było w tej ich podróży piękne. Ta wolność i odpoczynek, nie tylko od pracy i codziennych obowiązków, ale też od niepisanej a jednak mocno obecnej powinności i musu realizowania planów i celów w jeden wytyczony wcześniej sposób. A przecież możliwości jest znacznie więcej. Zachwyciło ją to odkrycie, tak niby oczywiste. Zachwyciło ją, że tak można, ale najbardziej chyba to, że ona tak może i umie. Należy raczej do tych, którzy muszą mieć wszystko zaplanowane i zorganizowane, przemyślane i wystarane, a tu proszę, okazuje się, że „wystarczyło” wyjechać na Sri Lankę, aby uruchomić nieużywane ostatnio zbyt często kompetencje, lekkość i spontaniczność. Czuła je miło w ciele i pragnęła utrwalić w sobie na czas po powrocie do Polski, bo dodatkowo zdała sobie sprawę, że ilekroć miała coś za bardzo zaplanowane i za bardzo „wychciane” tyle razy niewiele z tego wychodziło, a kiedy myślała o czymś z lekkością przytrafiało jej się zawsze coś dobrego. Ciekawe.
Wsiedli do tuk tuk’a , w którym mieli spędzić prawie cały dzień. Spojrzała z niego na Top Mountain Resort i nie mogła się nadziwić jak pięknie jest położony.
- Może mogłabym tu kiedyś zrobić jakieś warsztaty dla kobiet, np. dwutygodniowe z wycieczkami górskimi, pracą na plantacji, coachingiem i warsztatami?
- No miejsce piękne do tego. Fajnie mogłoby to wyjść.
Omawiali jeszcze trochę ten pomysł, który wpadł jej od tak do głowy w momencie, gdy cieszyła się odkryciem swojej lekkości. Tuk tuk wiózł ich dzielnie, zatrzymując się od czasu do czasu, by mogli zrobić zdjęcie na przydrożnych punktach widokowych. Robili je także kierowcy, z czego ten bardzo się cieszył. Mieszka w Diyatalawa, ale nigdy nie widział wodospadu, do którego jechali ani Lipton’s Seat, a to naprawdę niedaleko. Pod koniec podróży byli już sobie bardzo bliscy i znali imiona wszystkich członków jego rodziny. Na ostatniej prostej zrobił się okropny ruch i kierowca zaczął się popisywać wymijając niebezpiecznie autobusy i inne szalone pojazdy.
Ryzykując, że wypadnie na drogę spojrzała w telefon i zobaczyła wiadomość od znajomej, która jest ekspertką od medycyny chińskiej i akupunktury.
- Myślałam o warsztatach wyjazdowych na jesień. Może coś zorganizujemy? Joga twarzy, aromaterapia, mapa marzeń.
- Michał, Michał! Zobacz to, no musisz to zobaczyć!
- Co się stało?
- Pomyślałam rano o zrobieniu wyjazdowych warsztatów, pamiętasz, prawda? i zobacz tę wiadomość.
- No widzę, widzę.
- Ale czaisz, tak? Że to energia… Przecież pomyślałam o warsztatach wyjazdowych i rozmawialiśmy, że może z kimś bym jej zrobiła, bo samej trudno i wspomniałam, że może z nią… No szok to jest i nie do wiary… Na lekkości pomyślałam i patrz! Ta lekkość jednak ma moc…
- No już dobrze dobrze Kocio. Spokojnie. Ale fakt, muszę przyznać, że coś w tym jest.
- No! Nie masz wyjścia. Hahaha.
Wodospad Diyaluma obejrzeli najpierw z dołu popijając wodę z kokosa prosto z kokosa a następnie wspięli się na górę, by obejrzeć go z drugiej strony oraz pokąpać w oczkach wody między skałami. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie liczna grupa czeskich turystów, których plan dnia zszedł się akurat tutaj z ich. Każde miejsce traci na magii, jeśli jest w nim zbyt dużo ludzi. No cóż. Na koniec podeszli na skraj skały, gdzie można było sobie zrobić selfie z przepaścią i wodospadem. Tu ją lekkość opuściła, odmówiła selfie i ostentacyjnie odsunęła się na bezpieczną odległość. Chciała żyć.
- Czy tutaj ktoś zginął?
- O tak, zazwyczaj spadają stąd rosyjscy turyści, którzy biją wszystkie inne narodowości w kwestii Instagramowego życia.
- Rosjan akurat mi nie żal.
Powiedziała, ale zaraz w myślach przepraszała wszystkich zmarłych i Pana Boga za to okrutne wyznanie.
Zjedli obiad i ruszyli na plantacje Liptona podziwiać ponoć jedne z najpiękniejszych widoków w okolicy. Tak przynajmniej radził Instagram.
Tuk tuk piął się znowu dzielnie w górę plantacji herbaty a oni w milczącym zachwycie oglądali widoki. Nagle ich oczom ukazała się szkoła, a byli już naprawdę wysoko. Na boisku siedzieli uczniowie i chyba pisali egzamin, bo krzesła były odsunięte od siebie tak, by nie mogli podpatrywać swoich prac. Nie mieli biurek. Pisali na kolanach. Niesamowity widok. Pewnie z powodu biedy i braku dużej sali w budynku szkolnym pisali sprawdzian w taki sposób a jednak z jej perspektywy mieli ogromne szczęście… Pisać pracę z tak pięknymi widokami dookoła na świeżym powietrzu! To na pewno sprzyjało wenie. W zamkniętych salach myśli są duszne, zakurzone i ściśnięte.
Zostawili za sobą biedną, ale jak się jej wydawało szczęśliwą szkołę i wspinali dalej na punkt widokowy Lipton’s Seat. Po drodze mijały ich dzieci ubrane w biało granatowe mundurki. Ich oczy błyszczały na tle ciemnej karnacji i zielonych krzaków herbaty. Szły energicznie, radośnie machając do nich i pokrzykując pozdrowienia w języku angielskim. Zrobiła im sporo zdjęć i wysłała do młodszego syna komentując.
- Tutaj wychodziłbyś już ze szkoły.
Miała na myśli zmianę czasu.
- Ale fajnie.
Odpowiedział trochę szczerze a trochę, żeby nie było jej przykro. Poza tym, tęsknili już za sobą.
- Mamo, kiedy wracasz?
- Za sto lat synu haha
- Hahaha baw się dobrze!
Punkt widokowy nie okazał się niczym nadzwyczajnym, ale to co było z niego widać już tak. Choć nie od razu mieli przyjemność tego doświadczyć, gdyż wzgórze otuliły białe chmury przypominające mgłę.
- I oto piękny widok proszę Państwa.
Nagrywała filmik telefonem.
- Widok zdecydowanie nawiązujący do herbaty z mlekiem…
Poszli do pijalni herbaty i gdy zrobili pierwszy łyk ich kubki smakowe przypomniały sobie dzieciństwo i wszystkie te herbatki w szklankach z koszyczkami u babci. Chmury czując te radosne wspomnienia poszybowały wysoko i odsłoniły zachwycający widok na wzgórza z plantacjami oraz pasma dalej położonych gór. Nie do wiary, ile odcieni zieleni istnieje w naturze. Może tyle ile odmian mango na Sri Lance? I nie do wiary, ile ukojenia daje oczom jej widok.
Droga powrotna do hotelu szła już z górki, dosłownie i w przenośni. Rozmawiali z kierowcą, dzielili się wrażeniami i planowali wycieczki górskie, które miały się wreszcie ziścić następnego dnia.
Nie mogli się doczekać.


Comments