Jak odkryłam MIŁOŚĆ w sobie...
- Joanna Rucinska-Paulik
- Feb 14, 2025
- 6 min read
Updated: May 20, 2025
Kochani,
dzisiaj bardzo osobiście...
Bo jak inaczej można o Miłości...
Szukałam jej chyba przez całe swoje życie...
Aż okazało się, że sama NIĄ jestem, że ONA jest we mnie...
Jakież to było piękne odkrycie...
Ale zanim to nastąpiło, ach!,bywało naprawdę różnie...
I o tym jest kilka (kilkaset haha) słów w tekście poniżej, który napisałam dobre kilka lat temu, kiedy pogubiona w iluzjach i pól-prawdach goniłam za NIĄ na ślepo i głucho, pokaleczona i zraniona mocno od potknięć i upadków, które zaliczałam na każdym nieświadomym kroku ku NIEJ właśnie...
Miałam dużo szczęścia, że pewnego dnia napisał do mnie na LinkedIn dawny znajomy z liceum i opowiedział o swojej przemianie i przygodzie z coachingiem. A ja słuchałam i myślałam "umówi się ze mną?, czy będzie tak gadał o tym coachingu w kółko macieju?"...
Nie umówił hahaha..., ale namówił... na studia coachingowe, bo znał mnie i wiedział, że zawsze chciałam pomagać innym. I zaczęłam te studia, a kiedy je skończyłam byłam już zupełnie w innym miejscu swojego życia...
Coaching, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, pomógł mi także albo przede wszystkim, odnaleźć MIŁOŚĆ, której tak długo szukałam na zewnątrz, w SOBIE...
Oto to co napisałam w 2019 roku, już w trakcie studiów coachingowych:
"Wszyscy potrzebują miłości. Jak powietrza. Niedobór powietrza odczuwamy od razu. A niedobór miłości nie ujawnia się tak szybko. Czasami zauważamy jej brak bardzo późno i wtedy dziwi nas, że tak długo mogłyśmy bez niej żyć. Siadamy. Wzdychamy i mówimy do siebie? Jak ja dałam radę? Jak mi się udało?
Zamykamy oczy i sięgamy pamięcią wstecz.
Pierwsze co widzimy to to jak leżymy w małym pomieszczeniu, może w kołysce lub łóżeczku, otulone materiałem. Jest nam źle, bo jesteśmy w tym czymś zupełnie same. Nie możemy mówić, nawet nie wiemy, co to znaczy, więc nie wiemy co zrobić, by ktoś do nas przyszedł. Wyciągnął nas stamtąd i zastąpił materiał dotykiem. Ten dotyk był dla nas bardzo ważny. Zapewniał nam życie. Bez niego nie umiałyśmy żyć, bez niego nie miało ono sensu. Ale nie przychodził nikt. Długo. Nic. Ciemność i nasze głębokie pragnienie dotyku.
Mamy jednak coś, co pomaga nam w takich sytuacjach. Coś, co sprawia, że mimo niedoborów tego, czy owego nadal żyjemy. Nikt przecież nie umarł jeszcze z braku dotyku (choć już będąc dorosła odkryłam, że są badania, które mówią jednak coś innego). Wyobrażamy sobie więc, że ten otulający nas materiał to ten upragniony dotyk. Zamykamy oczy i ocieramy swoje drobne ciałko o kocyk czy kołderkę. Przywieramy mocno. Powoli zaczynamy wierzyć, że go czujemy. Możemy więc tak sobie długo leżeć, a ten kto tak długo do nas nie przychodzi nie jest już nam tak bardzo potrzebny. Przynajmniej na razie. A jak znowu będzie to mocniej jeszcze wtulimy się w kołderkę albo wymyślimy coś innego.
Potem widzimy siebie jako małą dziewczynkę. Jesteśmy ładną dziewczynką. Grzeczną i uśmiechniętą. Nawet jak jesteśmy smutne, to się uśmiechamy. Przynajmniej staramy, bo kto by lubił, nie mówiąc już o miłości, smutne dziewczynki. A my chcemy być kochane i dla bycia kochaną zrobimy wszystko. Dlatego zawsze ładnie się zachowujemy, pomagamy, ładnie chodzimy, ładnie jemy, ładnie rysujemy, mówimy proszę, dziękuję, przepraszam.
„Mamo, zobacz jak ładnie narysowałam”
„Mamo, zobacz jak się ładnie ubrałam”
„Mamo, zobacz... „
Tak długo aż usłyszymy coś miłego, tak długo aż kochający dotyk jej dłoni spocznie na naszej ładnie uczesanej głowie.
Mama jest bardzo zabiegana i nie ma aż tyle czasu, by zauważyć te nasze rysunki i spinki, kokardki i starania. A jeśli już nawet zauważy, to krzyknie tylko w locie „ale ładnie”, „ślicznie”. Na dotyk brakuje już czasu. Ale na to mamy swój sposób. Z wtulania w kołderkę wyrosłyśmy. Poza tym, teraz już chodzimy, nie musimy leżeć i czekać. Możemy działać. Idziemy więc do kuchni i bierzemy schowaną przez mamę na specjalną okazję czekoladę. Rozrywamy opakowanie i buch czekolada ląduje w naszej uśmiechniętej buzi. Słodycz zalewa nasze usta, gardło, przełyk i w końcu żołądek, ale co najważniejsze nasze serce. Rozkoszując się smakiem czekolady czujemy niemal dotyk mamy dłoni na włosach, na czole, za uszami i na kitce. Oczywiście czekolada kiedyś się kończy, ale na jakiś czas mamy zapas dotyku w żołądku.
Kolejna scena to widok już całkiem fajnej dziewczyny. Ma jakieś 17 lat. Jest bardzo ładna. Ma ładne włosy i zgrabną figurę, Uważa jednak, że nie jest piękna, na tyle piękna, by nie musieć robić nic, aby zasłużyć na czyjąś uwagę, spojrzenie, dotyk. Może mama w locie swoich obowiązków nie zdążyła jej powiedzieć:
„Ale Ty jesteś piękna”?
Tak więc kolejny raz musiała zapracować na dotyk. Jakoś go zdobyć. Była mądrą dziewczynką, więc pomysły przychodziły jej do głowy szybko. Gdy na nie wpadała nie raz sięgała po czekoladę, potem doszły też papierosy, ach te fajki dawały jej tyle spokoju, były dla niej taką przerwą od życia, kiedy nie musiała o nic walczyć, na przykład o dotyk.
Z wiekiem potrzebowała go coraz więcej i ani czekolada, ani fajki, ani bycie grzeczną już jej nie wystarczały. Człowiek rośnie i potrzeby też. Czuła, że taki oszukany dotyk już jej nie starcza. Chciała być dotykana naprawdę. Mocno, czule, długo, ciepło. Mama nadal rzadko ją dotykała, ale nawet jeśli się to zdarzyło, to i tak nie wystarczało. Braki dotyku nagromadzone z całego życia były tak wielkie, rosły w tempie geometrycznym wręcz, że potrzebowała go naprawdę sporo. Wiedziała, że chłopcy w jej wieku lubią dotykać piękne dziewczyny. Lubią na nie patrzeć, rozmawiać, być, a tego oprócz dotyku, także chciała. Jednak nie była tak piękna jak powinna. Była o tym przekonana tak bardzo, że nawet inni uważali, że nie jest piękna. Jest ładna, ale nie piękna. Emanowała tą samooceną. Dlatego bardziej niż te piękne kobiety musiała się postarać, by dostać w zamian dotyk, rozmowę, uwagę, spojrzenie itp. Itd. Prężyła się więc, kusiła wzrokiem, tańczyła blisko i tak jak dziewczyny na teledyskach. Wymyślała dziwne historie. Czasem je koloryzowała. Jak wszyscy mówili, że coś jest zielone, to ona, że czerwone. Jak coś było zakazane robiła to bez zastanowienia od razu. Bo wiedziała, że w ten sposób przykuje uwagę. A jak tylko jej się to uda pociągnie sytuację tak, by dostać całą potrzebną jej do życia resztę.
Ten obraz trwał najdłużej. Właściwie się nie kończył. Zmieniał się tylko jej wiek, miała 20 lat, potem 26, potem 30., 35... Jej sposoby były na tyle dobre, że nie musiała ich zmieniać. Działały genialnie. Nie wymagały zmiany. Po co zmieniać coś, co działa? Dostawała to co chciała. Była "szczęśliwa".
Kolejna scena jest taka. Ma 41 lat i powoli zaczyna do niej docierać, że coś jest nie tak. Że to szczęście jakieś takie nie do końca. Bo pojawia się wtedy, gdy ona coś zrobi, zapracuje na nie, zasłuży. A jak nie to dupa. Ktoś jej wtedy powiedział:
„A może się pomodlisz?”
„Hahahahahaha” – to była jej odpowiedź.
Ale w sumie… co jej szkodzi spróbować.
Zaczęła więc modlić się o to, by (z grubsza) już nigdy nie musieć żebrać o dotyk, uwagę, rozmowę, spojrzenie, miłość. Jak już coś robić to na fulla, na całego. Bez przerwy. Modliła się mocno i gorliwie w każdej sekundzie wierząc, że to jej pomoże.
Następna scena jest taka. Ma 42 lata. Jest piękną kobietą. Już o tym wie. Ona i inni. Wie też, że jest mądra, że umie kochać swoje dzieci, nie tylko dotykając ich i tuląc, kiedy tylko się da (żeby nigdy nie musieli szukać dotyku tak jak ona), wie, że zawodowo jest dobra, że wkrótce będzie zarabiać jeszcze więcej i robić coraz ciekawsze rzeczy, że ma talent pisarski i pięknie tańczy. Że ma dobry gust i smak. Wie, że jest wyjątkowa i co ważniejsze, że nikomu nie musi tego udowadniać. Wystarczy jej, że sama to wie.
Patrzy przez okno na kamienicę naprzeciwko myśląc sobie o tym wszystkim. Nagle jej wzrok wyostrzył się i dostrzegła, że od dłuższej chwili patrzy na parę, stojącą blisko siebie, obejmującą się a pasie, i patrząca na siebie bez słów. On od czasu do czasu przesuwał swoje dłonie po jej głowie i włosach. Poczuła ich miłość i nie mogła oderwać wzroku. Po jej policzkach popłynęły potoki łez. Zrozumiała, że wiele w życiu przepracowała, że bardzo poszła jak to się mówi do przodu, rozwinęła jako człowiek, matka, kobieta. Ale też, patrząc na nich, zrozumiała, że to czego jeszcze chce od życia – to prawdziwej miłości, z dotykiem i bez. Jednak teraz nie będzie jej szukać za wszelką cenę. W ogóle nie będzie jej szukać. Będzie jej chcieć i pragnąć z całego serca. Ale poczeka aż ona sama przyjdzie. Nie będzie stosować swoich starych sztuczek, bo one przez 42 lata nie zaprowadziły jej tam, gdzie tak łapczywie i zachłannie chciała dojść.
Ostatnia scena jest taka – dokonuje najbardziej przełomowego odkrycia w swoim życiu... – MIŁOŚĆ jest we niej no matter what, no matter, czy jest "sama", czy z kimś, czy coś robi, czy nic... czy jest piękna, czy przed okresem , czy ma pracę, czy ją właśnie zwolnili, czy jest coachem, czy mentorem, czy ma wszystko, czy nie ma niczego... ONA jest w niej i z nią... To w zasadzie JEDYNE, CO MA... zawsze", nawet jeśli nie ma NIC..."
Oto moja historia o MIłości
I na koniec rymowanka, która powstała wiosną 2020 roku:
"Dostałam w życiu tyle miłości
Że zaczynam mieć nudności
A cały czas narzekam
I na miłość właśnie czekam...
Głupia jestem, czy ślepa, czy jak?
Że nie doceniam tego co życie dało mi od tak
Bez powodu, bez uzasadnienia
Bez zawahania ani wątpliwości cienia...
Wierząc, ze mi się po prostu należy
I ze moja świadomość w to właśnie uwierzy
I zamiast szukać i czekać na miłość
Rozplątując z mozołem życia zawiłość
Dostrzegę w końcu tu i teraz właśnie
W każdym centymetrze i sekundzie jaśniej
I zacznę odczuwać i nią emanować
I wszystkich napotkanych w życiu nią częstować"
Częstujcie się kochani!
Joanna
Coach Mentor Trener


Comments