top of page

3 x R

  • Writer: Joanna Rucinska-Paulik
    Joanna Rucinska-Paulik
  • Feb 2
  • 4 min read

Mimo, że „najdłuższy” miesiąc roku się skończył, to wciąż mamy tzw. początek roku.


Z czym się nam najbardziej kojarzy?


No z powitaniem Nowego Roku, powiedzą jedni.


Albo pożegnaniem Starego, krzykną inni.


Jeszcze z postanowieniami Nowego Życia, Nowego Mnie, szepną Ci najbardziej wytrwali z Was, którzy o postanowieniach noworocznych jeszcze pamiętają.


I wszyscy macie rację, wszyscy mówicie prawdę.


Jest jednak jeszcze coś, coś bardzo ważnego co przyszło do mnie w trakcie sesji z klientami, a także w trakcie rozmów ze znajomymi i last but not least, co przyszło do mnie w ramach mojego osobistego życia, a mianowicie RUTYNA.


Potocznie znienawidzona przez wielu. Bo kto lubi życie, w którym rutyna zabija spontaniczność i wynikającą z niej wszelką radość. Nie wspomnę już o osobach z ADHD (tych mniej świadomych tego, czym ADHD jest), one na słowo rutyna reagują czasem nawet agresywnie, bo przecież im bardziej służy „nowe, ciekawe, szybka nagroda”.


Tak jakoś się stało, że przez lata, ba! wieki całe RUTYNA obrosła złą sławą, stała się nie/sexy. Jako jeden z pierwszych Romantyzm postawił na piedestale wszystko, co było jej przeciwieństwem: spontaniczność, emocje i wyjątkowość jednostki w kontrze do mieszczańskiej stabilności, braku pasji i życia bez ognia”.


Później rewolucja przemysłowa postawiła znak równości pomiędzy rutyną a pracą taśmową, powtarzalnością i nawet utratą podmiotowości. XX i XXI wiek też bez winy nie pozostały, bo jak niby rutyna miałaby pomóc w rozkręceniu kapitalizmu i konsumpcjonizmu. Wyobraźcie sobie reklamę coca coli w kontekście pochwały dla rutyny i porządku dnia i życia. No nie pilibyśmy.


I tak rutyna stała się ble...


Na to wszystko niczym wisienka na torcie wlazła psychologia potoczna, która jak już wyżej wspomniałam wpoiła nam, że rutyna to nuda, a nuda to stagnacja, a ta to już wielki skok do zmarnowania sobie życia. I dalej dzisiaj często czytamy na socialach, czy innych internetach (jak nazywa je Marta Niedźwiecka), że rutyna to więzienie i kajdany, które nie pozwalają nam stawać się lepszymi, nie pozwalają się nam rozwijać, że są strefą komfortu (tak jakby komfort był zły ;)), która blokuje nas i nie robi nic więcej.


A jak jest naprawdę?


No cóż, paradoksalnie do potocznych konotacji rutyna stanowi jedną z największych, atawistycznych wręcz potrzeb człowieka. To coś pierwotnego – psychicznego i biologicznego. Człowiek potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, sensu i przewidywalności. I właśnie ta nasza zniesławiona rutyna te poczucia nam daje. A najlepiej działa w towarzystwie dwóch innych słów na „r”: rytuału i rytmu.


Na początku napisałam, że przyszło to do mnie w trakcie sesji z moimi klientami, a także w trakcie rozmów ze znajomymi i last but not least, że przyszło to do mnie w ramach mojego osobistego życia. Wyjaśniam więc, po kolei.


W trakcie sesji z klientami, obojętnie czego by one nie dotyczyły, dość często, żeby nie napisać prawie zawsze dotykamy drogi do osiągnięcia upragnionej zmiany, a bez planu działania to raczej niemożliwe. Klient analizuje swoją obecną rutynę i tworzy przyszłą, pożądaną, która ma wspierać jego zmianę.


I właśnie podczas sesji z początku stycznia słyszałam często:


„Pani Asiu, te ostatnie tygodnie tak mnie rozregulowały, że się pogubiłam”


„Rutyna całkowicie ustąpiła miejsca świątecznym zakupom, krzątaninie i świętowaniu. Potem jeszcze to Trzech Króli, i jestem pozamiatany, nie wiem, ile czasu zajmie mi wyjście z tego chaosu”


„Tak mi się wszystko rozjechało przez ostatnie tygodnie, że nie wiem co jest ważne i nawet lekkiego doła załapałem i jakiś taki niepokój poczułem, bo już niczego nie ogarniam.”


Ze znajomymi było podobnie:


„Aśka, jak dobrze, że już do pracy wróciłam, bo te ostatnie 3 tygodnie całkowicie mnie wytrąciły z równowagi, tzn. wiesz, było miło i w ogóle, i już nawet nie o to chodzi, że przytyłam parę kilo, ale czuję jakieś takie rozmemłanie. No niby chodziłam na spacery, ale wiesz, raz tak raz siak, śniadanie raz rano raz w południe, zaraz mi się dzień z nocą zacznie mylić…”


A ja sama?


Miałam bardzo podobnie jak moim klienci, mimo że przez cały okres świąteczno noworoczny prowadziłam sesje, to jednak były one niejako wciśnięte w bożonarodzeniowy harmonogram, większe projekty odkładałam na „po Trzech Królach”, bo „teraz przecież i tak to nie ma sensu”. Moja przedświąteczna rutyna, która dawała mi powera oraz poczucie sprawczości odeszła daleko daleko.


Na szczęście… pod koniec starego roku rozpoczęłam Szkołę Analizy Transakcyjnej. Miałam więc i nadal mam kilka książek z tego obszaru. Lubię czytać, szczególnie wieczorem przed snem, w grudniu niestety zdecydowanie mniej miałam ku temu okazji z powodów jak wyżej. Ale w styczniu, gdzieś w połowie, powoli wracałam do tego rytuału. I wtedy właśnie trafiłam na rozdział, który nad moimi rozkminami o rutynie (oraz rytuale i rytmie) postawił przysłowiową kropkę nad „i”.


Rozdział ten opisywał ludzką potrzebę zaspokajania, jednego z trzech według AT głodów, a mianowicie głodu strukturalizacji czasu, czyli inaczej potrzebę nadawania czasowi sensu i porządku: wiedzy, co robię, po co i kiedy. Gdy ta potrzeba jest niezaspokojona pojawia się się chaos, niepokój, poczucie zagubienia albo „rozjechania się” życia. W skrócie: niezaspokojony głód strukturalizacji czasu nie daje wolności – daje dezorientację


A jak go zaspokajamy? No właśnie m.in. przez rutynę, rytuały, rytm. Bo my nie tylko potrzebujemy bodźców, uznania i relacji – my potrzebujemy też odpowiedzi na pytanie: co ja właściwie robię ze swoim czasem (życiem)? Rutyna, rytm i rytuały porządkują nam ten czas, nadają mu sens i ramy, dzięki którym nie rozpływa się on w chaosie „byle jak”. Kiedy struktura znika, pojawia się niepokój, rozregulowanie, poczucie zagubienia – dokładnie to, o czym mówili moi klienci, znajomi i… ja sama. To nie była fanaberia ani lenistwo. To był niezaspokojony głód.


Może więc zamiast kolejny raz wypowiadać rutynie wojnę, warto spojrzeć na nią jak na odpowiedź na bardzo podstawową, ludzką potrzebę – głód strukturalizacji czasu. Nie jako na coś, co nas ogranicza, ale jako na ramę, dzięki której w ogóle możemy się poczuć bezpiecznie, sensownie i „na miejscu” w swoim życiu. Bo rutyna nie odbiera spontaniczności ani radości – ona je stabilizuje. Jest jak grunt pod nogami po okresie dryfowania: może nie jest spektakularna, ale to właśnie na niej da się znowu stanąć, złapać rytm i odzyskać poczucie sprawczości.


A początek roku? Być może jest po prostu zaproszeniem, żeby ten grunt sobie na nowo, spokojnie i po swojemu ułożyć. Do czego wszystkich, w tym siebie, serdecznie namawiam :)

Recent Posts

See All
Mały Nowy Rok

Nowy rok szkolny to taki Mały Nowy Rok dla dzieci i ich rodziców. Dzieci idą do szkoły, rodzice wciąż do pracy. Obie grupy żegnają się z...

 
 
 
Rozmowa o coachingu.

Dzień dobry :) Z ogromną przyjemnością zapraszam do obejrzenia rozmowy o coachingu: https://www.youtube.com/watch?v=FPT9hS1A-b4&t=2s ...

 
 
 

Comments


bottom of page