top of page

Mała Singielka

  • Writer: Joanna Rucinska-Paulik
    Joanna Rucinska-Paulik
  • May 20, 2025
  • 10 min read

Updated: Sep 8, 2025




Była małą dziewczynką, która miała wielką siłę i wielką moc zmieniania świata. Ta moc miała anielskie skrzydła i niebiański błękit. Miała też ciepło słońca i przytulność białych chmur. Siłę wiatru i witalność zielonych drzew mocno zakorzenionych w żyznej glebie. Miała też ognistą energię, która rzadko kiedy gasła, a jeśli nawet to szybko rozpalała się na nowo. Z jej słodkiej buzi nigdy nie schodził uśmiech. Miała w sobie całe morze radości. Śmiały się jej nawet oczy, cała buzia jaśniała tym uśmiechem, który swój początek miał w jej dobrym serduszku, które powstało, by zmienić świat na lepsze, by pomagać i wspierać.

Poza tym, była jak wszystkie inne dziewczynki, lubiła się bawić, przebierać i tańczyć przed lustrem, jeździć nad jezioro, śpiewać, grać w bierki i jeść zerwane prosto z krzaka maliny. Lubiła, kiedy jej roześmianą buzię opromieniało gorące słońce, które uważała za swojego dobrego przyjaciela, i z którym czasem rozmawiała o życiu i swoim ziemskim powołaniu. Lubiła pływać, tak bardziej przy brzegu niż na środku jeziora. Uwielbiała jeździć na rowerze i czuć, jak wiatr smaga jej policzki i plącze platynowe włosy. Była lubiana, zarówno przez koleżanki jak i przez kolegów. Z niektórymi z nich przyjaźniła się bardziej, z innymi mniej, ale nie miała wrogów. Może czasem ktoś jej zazdrościł jej mocy i uśmiechu, ale nie trwało to zbyt długo, bo jej serce emanowało tak dobrą energią, że każde negatywne uczucie w jej pobliżu nie miało z nim szans i z czasem zamieniało się w sympatię.

To co ją odróżniało od innych dzieci to wspomniana moc oraz, co ważniejsze, wykorzystywanie tej mocy do zmiany świata na lepsze. Nie marnowała nawet chwili. Kiedy tylko widziała kogoś w potrzebie jej serduszko zaczynało bić szybciej i podpowiadało jej, co mogłaby zrobić dla tej osoby. Kiedy na przykład któraś z jej koleżanek płakała z jakiegoś powodu, podchodziła do niej i robiła głupie miny, by ją rozbawić albo porywała do tańca, by ta zapomniała o powodzie, dla którego płakała, a kiedy już udało się ją uspokoić siadała z nią gdzieś w cichym miejscu i pytała, jak może pomóc, czasem wysłuchiwała a czasem tylko przytulała lub była obok. Kiedy innym razem zauważyła, że jedna z jej koleżanek ubiera się nie do końca w stylu, który jej pasuje i który podkreśla jej urodę wymyślała zabawę w modelki i niejako przy okazji przebierając się razem z tą koleżanką pokazywała jej, w czym jest jej dobrze i twarzowo. A że miała zmysł estetyczny, to wychodziło jej to bardzo dobrze. Te koleżanki nie zawsze jej dziękowały, bo gdy były już takie pocieszone, „naprawione” jak mawiała ona sama, często zapominały o tym, skąd ta pomoc pochodziła, ale ona nie miała o to pretensji. Nie oczekiwała niczego w zamian. Satysfakcję sprawiało jej samo to, że komuś pomogła, że ktoś poczuł się lepiej, że przestał płakać albo cierpieć, źle wyglądać, czy też źle czuć.

Żyła w ten sposób długo, niewinnie w blasku słońca, pełna energii i dobrych chęci. Blisko gwiazd i marzeń swoich oraz innych. Aż pewnego lata stało się coś strasznego. Coś, co spowodowało, że straciła kontakt ze swoim wewnętrznym darem niesienia dobra i zmiany świata na lepsze. Nie stało się to w jeden dzień ani nawet w tydzień. Ta przemiana trochę trwała. A wszystko zaczęło się od wypicia pewnego napoju, który pili wszyscy, jak sądziła. Była już wtedy starsza i poznawała świat. Wciąż czyniła wiele dobrego i wciąż chciała to robić. Poznawała jednak coraz to nowych ludzi, którzy pokazywali jej coraz to nowe zabawy i przyjemności. A ponieważ była bardzo otwarta i jednocześnie bardzo ufna, to próbowała ich wszystkich bez cienia wątpliwości. Pewnego dnia poznała kogoś, komu chciała pomóc, bo był bardzo smutny. Ten ktoś był kolegą jej koleżanki z innej szkoły. Nie znała go dobrze, ale widziała, że bardzo potrzebował pomocy. Spotkała się z nim na rozmowę. Chciała pokazać mu jasne strony życia, radość, jaka z niego płynie, przytulić i natchnąć dobrą energią. Kolega był bardzo zagubiony, ale przyjął jej pomoc. W zamian za jej dobrą energię i poświęcony mu czas zaproponował jej popularny napój, o którym tyle słyszała. Słyszała, że daje dużo radości, że sprawia, iż na twarzy pojawia się uśmiech, że z gardeł wydobywa się śmiech, że w głowie szaleją marzenia, że serce rośnie od wzruszeń. Wszystko to słyszała od swoich koleżanek i kolegów. Z rodzicami nie rozmawiała o tym. Nie wiadomo właściwie, dlaczego. Może nie sądzili, że mógłby ją zainteresować, bo przecież miała w sobie tyle mocy i tyle energii, tyle uśmiechu i tyle wzruszenia, że nie potrzebowała żadnego napoju, by w sobie to wszystko obudzić. Poczęstowała się więc tym napojem. Na początku nic nie czuła. Roześmiała się tylko, jakby z rozczarowaniem, że ten napój jest jej całkowicie obojętny. Jednak po chwili poczuła jakby małe ciepło na policzkach i wiatr wewnątrz głowy. Serce zabiło jej mocniej, poczuła większą moc i uśmiechnęła się od ucha do ucha.

- To jednak prawda… - powiedziała do kolegi.

- Tak, to prawda…

Wróciła do domu z milionem myśli. Pomyślała, że dzięki temu cudownemu napojowi będzie mogła pomagać innym jeszcze mocniej i bardziej. Będzie miała większą moc i większą energię, większy uśmiech i większe serce. Nie spała prawie pół nocy planując, ile ludzi uratuje i ile świata zbawi. Gdy tylko skończył się tydzień poszła tam, gdzie było dużo tego napoju. Z niedowierzaniem odkryła, że napój ten występował pod różnymi smakami i pod różnymi nazwami. Miała także różne moce i różne objętości. Postanowiła spróbować wszystkich. Każdy kolejny łyk sprawiał, że była mocniejsza, silniejsza i lepsza. Czuła jak ta lepszość płynie w jej żyłach z ogromnym ciśnieniem i jak wprawia jej mózg w jeszcze bardziej sprawczy ruch.

Jednak na drugi dzień, gdy się budziła, nie pamiętała, komu pomogła, ani jak to zrobiła. W zasadzie niewiele pamiętała.  Do tego wszystkiego bolała ją głowa i była bardzo słaba. Czuła, że straciła moc, że straciła chęć pomagania innym, to właściwie ona potrzebowała pomocy. Zadzwoniła do kolegi, od którego dowiedziała się o napoju. Powiedział jej, że to normalne objawy, że wszystko jest dobrze, Że wszyscy tak mają, że wszyscy tak czują, i że najlepiej jest pić tego napoju trochę mniej raz lub dwa razy w tygodniu albo codziennie w jeszcze mniejszych ilościach. Wtedy nie jest się tak bardzo słabym a moc utrzymuje się na dłużej. Jen, bo tak miała na imię dziewczyna była bardzo wdzięczna za te wszystkie rady. Pomyślała, że są jeszcze lepsi ludzie od niej na tym świecie, i że jej też czasem przyda się pomoc innych. Postanowiła zastosować się do rad kolegi od razu.

Minęło wiele lat, a dziewczyna zupełnie zapomniała o malej dziewczynce w sobie. Nie pamiętała też, po co była na tym świecie, jaki ma dar, jakie ma moce i co lubi robić i robi najlepiej. Ale wydawało jej się, że ma się dobrze. Robiła coś innego niż kiedy była małą dziewczynką, ale nie przeszkadzało jej to. Uważała, że jest dobrze tak jak jest. Poza tym, od czasu do czasu czuła moc i energię z dawnych czasów, pomagał jej w tym napój, który piła bardzo regularnie, jak lek. Tylko, że ten napój lekiem nie był, ale o tym nie wiedziała. Tzn. czasem słyszała, że na coś szkodzi, że właściwie niczemu nie pomaga, ale kto by wierzył telewizji. Tak więc żyła sobie w świecie, który istniał dzięki napojowi i temu, że zapomniała o małej dziewczynce, którą kiedyś była. I ten świat nie był wcale taki zły, ale też nie był tak dobry, jak mogła go stworzyć z pomocą swojego serduszka i siły, z którą przyszła na świat.

Jednak pewnego dnia, ten niby idealny świat runął. Było to kilkanaście lat później, kiedy miała już męża i dzieci. Okazało się, że mąż ją zdradza i w mgnieniu oka to, co budowała przez 11 lat okazało się tylko przeszłością. Coś w niej kazało jej przestać pić napój. Nie umiała stwierdzić, co to było, ale posłuchała tego. Potrzebowała siły i świadomości do przejścia przez rozwód i cały chaos wokół niego. Udało się jej to wszystko, bo przecież była silną i mądrą, i niezwykłą kobietą. Nawet nie zauważyła, że coś w niej zaczęło się zmieniać na lepsze, a zmiana działa się bezsprzecznie. Czuła, że znowu ma tę energię i chęć pomagania innym. Że znowu jest jakąś taką sobą z dawnych lat. Widzieli to nawet inni. Pewnego dnia jej matka chrzestna powiedziała do niej:

- Jen, znowu jesteś tą małą Jen, tą dobrą i pełną radości Jen.

Uderzyły ją te słowa mocno. Zastanawiała się nad nimi jeszcze długo, ale nie zdążyła dojść do żadnych wniosków, bo znowu los sprawił, że na jej drodze stanął już prawie zapomniany napój. Tym razem, po pomoc do niej zwróciła się dawna koleżanka, która także wkrótce miała się rozwieść. Jen wspierała ją z całych sił. Tłumaczyła, że życie bez mężczyzn jest cudowne, piękne i szczęśliwe, i naprawdę wierzyła w to, co mówiła. Niedługo później dołączyła do niej kolejna przyjaciółka i jeszcze następne i następna. Wszystkie po albo w trakcie rozstań. Magiczny napój lał się strumieniami. Pomagał im utrzymać stan szczęścia mimo rozpadającego się dookoła świata. Jen stała się specjalistką od napoju. Stał się jej nierozłącznym towarzyszem. Kończyła z nim każdy dzień i celebrowała weekend. Czuła, że unosi się kilka metrów nad ziemią. Tak zadziałały wymieszane w niej wolność i właściwości napoju. Co jakiś czas zdarzało się, że przeszła jej przez głowę myśl, że może nie powinna tak tego napoju często pić, że może to nie jest do końca ok, ale myśl tonęła gdzieś w szklance lub kieliszku, a poza tym przecież wszystko było dobrze, miała dobrą pracę, mieszkanie, samochód, zadbane dzieci, więc nie miała się czym przejmować.

I tak dotarła do momentu, w którym napój rządził jej życiem a ona już tylko podążała za nim. Czuła, że oddaliła się od siebie tak bardzo jak to tylko było możliwe. Ale już nie wiedziała, jak ma zawrócić z tej drogi. Wydarzyło się tak wiele w jej życiu, wiele z życia dostała i wiele straciła, a napój wciąż z nią był. Pewnego dnia, w Sylwestra, a spędzała go sama, robiła podsumowanie roku i odkryła, że mogłaby zrobić znacznie więcej, gdyby nie piła tego napoju, który iluzorycznie dawał jej poczucie siły i bezpieczeństwa, ale zabierał i jedno, i drugie z ogromną nawiązką. Przypadek lub nie, sprawił, że w tym czasie jej dobry znajomy poznał ją z jej kolegą z dawnych czasów. Nie pamiętała go tak bardzo jak on ją. Ale po pierwszym spotkaniu poczuła do niego ogromną sympatię. A gdy na koniec przytulił ją na pożegnanie miała wrażenie jakby cały świat przestał na chwilę istnieć. To przytulenie było magiczne, ciepłe i przywoływało wszystko to, co dobrego w sobie kiedyś miała. Niestety trochę później okazało się, że ten kolega pije bardzo dużo tego napoju, znacznie więcej niż ona. Była zdezorientowana. Bo z jednej strony przy nim znowu była małą dziewczynką, która miała wielką siłę i wielką moc zmieniania świata. Ta moc miała anielskie skrzydła i niebiański błękit. Znowu miała też ciepło słońca i przytulność białych chmur. Siłę wiatru i witalność zielonych drzew mocno zakorzenionych w żyznej glebie. Znowu miała ognistą energię, a z jej słodkiej buzi nie schodził uśmiech. Miała w sobie całe morze radości. Śmiały się jej nawet oczy, cała buzia jaśniała tym uśmiechem, który swój początek miał w jej dobrym serduszku, które powstałoby zmienić świat na lepsze, by pomagać i wspierać. A z drugiej strony wiedziała, że on pije go naprawdę dużo za dużo, i nie wiedziała, czy może mu ufać, czy może na nim polegać. Czy on mówi jej prawdę, czy czuje to, co ona czuje. Jej serce podpowiedziało jej, by ona przestała pić ten napój, by choć ona czuła prawdziwie i bez zakłóceń. Była to duża zmiana, ale czuła, że warto. Niedługo po tym, gdy przestała go pić nauczyła się robić medytację serca, co sprawiło, że miała zajęcie zastępcze oraz że zbliżyła się do swojego serca i uczyła go na nowo. Uczyła się, czego lubi, czego nie, co jest dla niej dobre, a co nie, co jest jej powołaniem.

Podczas jednej z takich medytacji, gdy wyobrażała sobie swoją świadomość, w jej myślach i uczuciach, pojawiła się mała dziewczynka. Wyglądała jak ona, kiedy była mała. Nie była jednak człowiekiem, była pół syrenką pół świetlikiem ze skrzydełkami anioła. Była prześliczna, przesłodka, przepiękna. Uśmiechała się i sprawiała, że Jen czuła ogromne wzruszenie. Miała wrażenie, że patrzy na siebie sprzed lat. To dało jej moc do zmiany i do zrozumienia, że jest miłością i nie musi jej szukać poza sobą, ona ją ma i wręcz może się nią dzielić z innymi nie oczekując niczego w zamian. Medytowała częściej i częściej, bo tak bardzo chciała być blisko małej siebie sprzed lat. Niemniej los kolegi interesował ją nadal. Wciąż miała wobec niego mieszane uczucia a i on nie był w swych zrachowaniach konsekwentny. Miała wrażenie, że są dwie Jen, jedna myśląca rozumem, która uważa, że powinna zostawić go w spokoju, druga, czująca sercem, która nie mogła się powstrzymać przed jego energią.

Ale była jeszcze trzecia Jen, mała Jen, pół syrenka, pół świetlik ze skrzydełkami anioła, która czuła najbardziej i najmocniej, że ten chłopak potrzebuje pomocy. Podczas jednej z medytacji, kiedy Jen była zajęta odzyskiwaniem kontaktu ze sobą, mała Jen, spojrzała na nią poważnie i znacząco, zbliżyła się do jej policzka i dała małego, słodkiego buziaka. Trochę łez popłynęło z jej wesołych zazwyczaj oczek. Po czym, odwróciła się i odleciała. Dorosła Jen patrzyła zdziwiona na znikającą małą Jen, i z jednej strony czuła, że ją traci a z drugiej cały czas miała z nią kontakt, nawet wtedy, kiedy mała Jen była już bardzo bardzo daleko. A poleciała do mieszkania tego chłopaka. Nie mogła się powstrzymać, czuła, że trzeba mu pomóc tak jak innym, którym pomogła, gdy była małą dziewczynką. Wślizgnęła się przez dziurkę od klucza i zobaczyła, że chłopak leży na łóżku, niczym nie przykryty. Dotknęła go i był zmarznięty. W pokoju panował półmrok, ale widać było sporo butelek i niemały bałagan. Nie znalazła niczego czym mogłaby go okryć. Sama była za mała, by go ogrzać. Gdyby miała nóżki to w tym momencie by nimi tupnęła ze złości i bezsilności, bo tak bardzo chciała mu dać ciepło i czułość, a nie była w stanie objąć nawet jego nadgarstka… Wcisnęła się między jego przedramię i klatkę piersiową i postanowiła dać mu choć tyle swojego ciepełka. Patrzyła na jego twarz i bardzo mu współczuła, ale też była wdzięczna, że zdążyła zanim coś mu się stało. Na koniec bardzo się wzruszyła i jej oczy zalały się łzami. Z emocji i utraty energii zasnęła. W tym czasie dorosła Jen zasnęła po medytacji, podczas której czuła niesamowitą bliskość z samą sobą, miłość, wdzięczność i ogromne wzruszenie.

Mała Jen przebudziła się nerwowo pod ramieniem chłopaka, czuła jego ciepło i oddech, zastanawiała się, co zrobić, jak mu pomóc, jak sprawić, by poczuł bliskość i czułość, której tak bardzo mu brakowało, za którą tak bardzo tęsknił. Myślała o tym długo i intensywnie, aż myśli zamieniły się w bicie jej serduszka i piękne wizje o jego ocaleniu. Gdy znowu się zmęczyła, bo przecież była taka malutka, a to bicie serduszka i wizje ogromne, zasnęła ponownie. A kilka godzin później stał się CUD…

Chłopak przebudzał się powoli, ze zmęczenia spowodowanego napojem nie miał siły otworzyć oczu. Jednak czuł się jakoś inaczej. Nie trząsł się z zimna jak zawsze, nie czuł się samotny jak zawsze, nie myślał źle o nadchodzącym dniu jak zawsze. Dla odmiany czuł wielką siłę i wielką moc zmieniania świata. Moc, która miała anielskie skrzydła i niebiański błękit. Miał też ciepło słońca i przytulność białych chmur. Siłę wiatru i witalność zielonych drzew mocno zakorzenionych w żyznej glebie. Czuł też… bliskość kogoś, kto leżał obok i przytulał go najmocniej jak potrafił. Zdziwiła go łatwość z jaką zaakceptował tę obecność kogoś innego w swoim łóżku o poranku. Czuł się tak, jakby nigdy nie było inaczej.

- Dziwne – zamruczał pod nosem bardzo zdziwiony.

- Co jest dziwne? – zapytała ona i w tym samym momencie zdziwiła się dokładnie tak samo jak on. – Co ja tu robię?

- Jak to? Myślałem, że Ty wiesz…

- Nie… Medytowałam wczoraj późnym wieczorem. Trochę myślałam o Tobie, ale medytowałam i chyba zasnęłam pod koniec medytacji…

I wtedy zrozumiała, że to jej świadomość – Mała Jen, pół syrenka, pół świetlik, ze skrzydełkami anioła – ją tu przeniosła siłą serca. Spojrzała na chłopaka i nie wiedziała jak ma mu to wyjaśnić, żeby zrozumiał. On czekał na jej słowa, ale powoli dochodził do wniosku, że chyba nie potrzebuje poznać przyczyny. Położyli się z powrotem i przytulili najmocniej jak umieli. Nie musieli już nic mówić. Wszystko było jasne. A mała Jen „merdała” syrenim ogonkiem i trzepotała rzęsami nad swoimi roześmianymi z niebywałego szczęścia oczami. 

 

Comments


bottom of page